Trwająca pandemia koronawirusa i wiążące się z nią ograniczenia skutecznie wymiotły niemal wszystkie zawody sportowe. Jednak, mimo że nie mogą się one odbyć w tradycyjnej formie, to część z nich odbywa się wirtualnie.

Taką formułę zawodów wybrali także organizatorzy z Roll & Run i Droga wolna. W pierwszym przypadku można było wystartować w Challengu na 21km, a w drugim to kolejna edycja Łódzkiego Maratonu Rolkowego. Ubiegłoroczna edycja była udanym debiutem i teraz miało być jeszcze lepiej. Sytuacja jednak nie pozwoliła na normalne wyścigi, jednak też było fajnie.

Zamiast wspólnego ścigania się na wyznaczonej trasie, każdy pokonywał dystans gdzie chciał i weryfikację stanowił zapis treningu z GPSa. W przeciwieństwie do Otwarcia sezonu, tutaj była przygotowana klasyfikacja z uzyskanych czasów i najlepsi otrzymywali statuetki.

Była więc motywacja nie tylko do samego przejechania, ale także pojechania szybko. Zazwyczaj jeżdżę takie szybkie treningi samotnie i o ile sam dystans nie stanowi problemu, to utrzymanie dobrego tempa przez cały czas już nie jest takie łatwe w pojedynkę.

Na pokonanie dystansu były dwa pierwsze tygodnie lipca. Trochę pechowo, chwilę wcześniej przechorowałem cały tydzień i podczas powrotu do jazdy nie czułem się w formie. Pierwszy tydzień spędziłem więc jeszcze prawie cały na odpoczynku. Dopiero pod koniec zdecydowałem się szybciej pojeździć i na pierwszy ogień poszedł półmaraton w ramach Roll & Run.

Roll & Run Challenge

W piątek po południu umówiłem się ze znajomymi na pętelce za Kauflandem w Konstantynowie Łódzkim. Prawie kilometr prostej między rondami w środku pola to moja ulubiona miejscówka treningowa w okolicach Łodzi.

Po przyjechaniu na miejsce okazało się jednak, że niebo miało inne plany i zanim się przebrałem, to zaczęło padać. Na szczęście był to tylko przelotny deszczyk i mimo że zmoczył asfalt, to temperatura i wiatr dawała nadzieję na jego szybkie wysuszenie. Rozgrzewkowe 5 km było więc po mokrym.

Wystarczyło 15 minut i już można było jeździć po w pełni suchej nawierzchni. Odpaliłem nowy trening na zegarku i zacząłem jeździć. Nie była to na pewno jazda na 100%, bo jeszcze nie wiedziałem czy mogę sobie na taką pozwolić po chorobie, jednak jechało się całkiem dobrze. Wiatr nieco przeszkadzał w jedną jedną stronę, ale znowu pozwalał na luźniejszą jazdę w drugą.

Ostatecznie 21km udało się przejechać w czasie 0:42:38. Jak na samotną jazdę całkiem przyzwoity rezultat. Nie poświęciłem mu większej uwagi i pokręciłem się tylko jeszcze trochę po trasie jako wsparcie dla znajomych.

Następnego dnia wrzucałem wyniki do portalu zapisów i okazało się że to pierwszy czas. Nie sądziłem, że poszło aż tak dobrze. Długo widniał na szczycie tabeli, ale jednak później został poprawiony przez parę znajomych z klubu Skate2City o całe 3 sekundy. Ewidentnie jechali razem, bo zaraportowali identyczny czas. Drugie miejsce wśród panów było jednak miłą niespodzianką.

II Łódzki Maraton Rolkowy – podejście pierwsze

Kolejny tydzień był już ostatnim, a miał być dość kapryśny pogodowo. Początek był w porządku, ale im bliżej weekendu, tym szanse na deszcz rosły. Zdecydowałem więc zrobić podejście w środę w okolicach południa w tym samym miejscu, żeby potem nie mieć niespodzianek. Po dobrym wyniku w półmaratonie, tutaj miałem ambicje na więcej.

Zacząłem przyzwoitym tempem, ale wiatr nie pozwalał na jego równe trzymanie. Było jeszcze gorzej niż poprzednio, jazda na północ była lekka i przyjemna z wiatrem w plecy. Powrót na południe to była walka z utrzymaniem prędkości na przyzwoitym poziomie, bo nie dość, że wiało w twarz, to jeszcze w tę stronę jest lekko pod górkę. Już po pięciu minutach takiej jazdy tętno wskoczyło powyżej 180 uderzeń na minutę i tak się trzymało do końca.

Mimo takich ekstremalnych interwałów udało się wykręcić wynik 1:28:21. Samemu tak szybko jeszcze maratonu nie przejechałem. Inaczej się jednak jedzie z kimś w grupie, kto czasami osłoni od wiatru. Tutaj nie miałem niestety też porównania z innymi, więc nie wiedziałem jak się ten czas ma do wyników innych.

Fajnie się jednak złożyło, bo Mateusz, jeden z organizatorów, zaproponował wspólne pokonanie dystansu w kilka osób w weekend. Po pierwszej próbie byłem dość mocno zajechany, ale trzy dni odpoczynku nieco postawiły mnie na nogi i postanowiłem spróbować.

II Łódzki Maraton Rolkowy – podejście drugie

Spotkaliśmy się w sobotę rano. Może nie jest to moja ulubiona pora, ale postanowiłem się zmobilizować.

Na starcie stanęliśmy w 6 osób. Początkowo zrobił się nawet mały pociąg, jednak po pierwszych kilku okrążeniach zmniejszył się do trzyosobowego. Nieco później zostało nas tylko dwóch, bo Stach miał problem z butami.

Razem z Grześkeim jechaliśmy razem prawie przez połowę dystansu, zmieniając się co okrążenie. Jednak to duża różnica w stosunku do samotnej jazdy, bo dłużej można było jechać spokojnie.

Niestety i Grzesiek stwierdził, że nie jest w najlepszej formie i mniej więcej przed połówką kazał nie oglądać się na niego i jechać swoje. Przyspieszyłem więc i do końca starałem się jechać szybko i równo.

Pogoda była też znacznie lepsza i wiatr tak nie przeszkadzał. Dzięki temu, że przez jakiś czas mogłem oszczędzać siły, teraz ich nie brakowało. Nawet otarcie na prawej kostce nie było kłopotliwe. Adrenalina i chęć poprawy wyniku robiła za środek przeciwbólowy.

Ostatecznie poprawiłem wynik ze środy o 5 minut i wymagane 42km przejechałem w 1:23:24. Fajny czas i nawet na normalnych zawodach byłby zadowalający.

Po ogłoszeniu wyników okazało się też, że czas ten pozwolił na zajęcie pierwszego miejsca! Podium uzupełnili Grzesiek i Robert, którzy po odpadnięciu Grześka ode mnie jechali razem.

Jestem mega zadowolony z wyniku, nawet jeśli to tylko wirtualne zawody. Widać formę i nowe rolki w których jeżdżę w tym roku się spisują. Nie mogę się doczekać, aż sprawdzę się w normalnych ściganiu.

Wnioski

Co do samych wirtualnych zawodów, to może nie jest to najlepsza forma ścigania, ale zauważyłem że bardzo przyjazna dla początkujących osób. Jako pierwsze zawody nie wymagają większego przygotowania i logistyki związanej z wyjazdem. Dostarczają jednak motywacji do pokonania dystansu, albo szybszej jazdy i nagradzają medalem za sukces.

Mamy taki dziwny rok jaki mamy i nie ma zbyt wiele okazji do rywalizacji i sprawdzenia siebie. Wirtualne zawody jakoś tę lukę wypełniają. Dla mnie okazały się też szczęśliwe, bo oprócz medalu dostałem także statuetki za miejsce na wirtualnym podium. Jest to takie potwierdzenie, że warto się starać i dawać z siebie wszystko. Teraz trzeba to przełożyć na normalne zawody z lepszą konkurencją. 😉