Kolejny rok zmagania się z pandemią koronawirusa sprawił, że znowu zawodów rolkowych jest jak na lekarstwo. Te zaplanowane wielokrotnie zmieniają terminy. Po dwóch, czy trzech takich zmianach udało się w końcu wystartować w III Roller Cup Koronowo (nazwa niczym nie powiązana z koronawirusem).

Na ostatnią chwilę

Zaczęło się dość wariacko. Jechałem z Mikołajek i Robertem. Mieliśmy wyjechać nieco wcześniej, ale poprzedniego dnia organizowaliśmy Freestyle Tour i trzeba była rano odstawić ekipę na pociąg. To jeszcze planów za bardzo nie psuło i planowana godzina przyjazdu spokojnie pozwalała na ogarnięcie wszystkiego przed startem. Na trasie spotkała nas jednak niespodzianka. Zawody odbywały się w środku lasu i zamknięto wcześniej drogę dojazdową którą wybrała nawigacja. Objazd miał ponad 20km i częściowo biegł leśnymi, piaszczystymi dróżkami. Na miejsce udało się jednak dojechać na około kwadrans przed startem.

Chłopaki przebrali się już w samochodzie i pobiegli odebrać pakiety. Ja takiego komfortu nie miałem, więc musiałem się jeszcze wcisnąć w strój do jazdy szybkiej. Po wyjściu z klimatyzowanego samochodu od razu zaczął zrobiło się gorąco i pot spływał z czoła. Nie tylko z powodu stresiku związanego z brakiem czasu, ale też żar lał się z nieba.

Na szczęście udało się szybko wszystko ogarnąć. Zabrakło co prawda czasu na rozgrzewkę, ale na linii startu ustawiłem się chwilę przed końcowym odliczaniem.

Start!

Zaraz po starcie trasa biegła w dół, ale szybko zjazd zamieniał się w górkę pod którą trzeba się było wspiąć. Na świeżo nie był to duży problem. Po niecałej minucie jazdy pod górę robiło się płasko i trzeba było złapać jakiś pociąg.

Postanowiłem nie szaleć i pojechać to „na spokojnie”. Zamiast próbować utrzymać się z czołówką, jechałem swoim tempem i liczyłem że do niego znajdą się kompani. Tak też było i po kilku kilometrach od startu było za mną kilka osób, z którymi mogłem się zmieniać na prowadzeniu.

Zachowawcza jazda była podyktowana tym, że w tym roku odpuściłem trochę treningi. Tak naprawdę miał to być mój pierwszy przejechany dystans maratonu. Nie wiedziałem czego się spodziewać. Wiosenna pogoda nie sprzyjała jeżdżeniu na rolkach. Do tego po jednym wyjściu na rower przy temperaturze 2 stopni dość mocno się rozchorowałem, straciłem mocno na wadze przez co brakowało siły. Odczucia po kilku jazdach przygotowawczych nie napawały optymizmem. W skrócie: nie byłem w formie.

Początek trasy jechało się jednak przyjemnie. Droga biegła przez las, więc było nieco cienia, który wraz z pędem powietrza troszeczkę minimalizował odczucia upału. Mimo to, nie dało się o nim całkowicie zapomnieć. Temperatura przekraczała 30 stopni i oddychanie takim powietrzem szybko wysusza usta, a łyk wody pomaga tylko na moment. Trzeba było też pamiętać o racjonalnym wykorzystaniu płynów, bo na trasie nie było punktu z wodą.

Pierwsze 10km do pierwszej nawrotki minęło niespodziewanie szybko. Tam okazało się, że nie tylko ja jadę spokojnie, bo ktoś z tyły krzyczy żeby nie szarpać (nie przyspieszać po nawrocie). Mi to pasuje, bo takie przyspieszanie żeby się nie urwać z pociągu najbardziej męczy, a w nogach już czuć zmęczenie. Taki atak był na około 15km, ale do przodu ruszyła tylko dwójka (która jechała półmaraton), a reszcie też nie spieszno było rwać tempo.

Połówka

Po drugiej nawrotce, która była tuż za metą i oznaczała połowę dystansu było już gorzej. Znowu trzeba się było wspiąć na górkę, a moim nogom brakowało już świeżości. Czułem, że mam spięte łydki i nie byłem w stanie rozluźnić ich w czasie jazdy.

Do tego warunki jakby przeszkadzały bardziej – Słońce grzało mocniej i do tego dało się odczuć boczny wiaterek. Na trasie było też kilka odcinków z gorszym asfaltem. Pierwsze przejazdy nie sprawiały problemu, ale przy zmęczonych nogach czuć był opór i hamowanie. Na drugiej pętli ktoś z pociągu przyrównał je wręcz do Osiecznicy, która słynęła z takiej nawierzchni-tarki. Każdy miał takie same warunki, więc nie było sensu narzekać, tylko jechać dalej.

Jazda ta coraz bardziej koncentrowała się na tym, żeby oszczędzać siły i jakoś dowieźć się do mety. Starałem się robić zmiany na prowadzeniu pociągu. Potem musiałem się jednak coraz bardziej skupić na tym żeby mi nie odjechał.

Siły na utrzymanie się w pociągu zabrakło jakieś 2km przed metą. Czuć było delikatne przyspieszenie nadchodzącym finiszem, a ja schodząc ze zmiany już nie miałem pary żeby go wykonać. Zerknąłem tylko na zegarek żeby upewnić się, że czas będzie jako taki, puściłem pociąg przodem, a sam potoczyłem się trochę bez odpychania. Nie była to może pełna odcinka, ale wolałem na luzie dojechać już do mety, niż ryzykować wyłożenie się gdzieś ze zmęczenia. Na fotkach zresztą widać, że nawet pochylonej pozycji już nie bardzo mi się chciało trzymać i kolana słabo się zginały.

Meta 1

Meta 2

Ostatecznie na metę wjechałem z czasem 1:26:59. W porównaniu z wynikami z ubiegłego roku, to bez szału. Patrząc jednak przez pryzmat tego na jakim etapie jest moja kondycja, to nie narzekam. Na pewno jest motywacja do popracowania nad tym.

Po maratonie

Odebrałem medal i rozłożyłem się na trawie w pobliżu mety czekając na chłopaków. Najchętniej wskoczyłbym wtedy do pobliskiego jeziorka (co nawet było w planach). W rolkach jednak nie chciałem tam jechać, a kluczyki samochodu były u Mikołaja w kieszeni. Roberta nie dostrzegłem na trasie i nie wiedziałem kiedy się można go spodziewać. Z Mikołajem mijaliśmy się natomiast chwilę po mojej ostatniej zawrotce, więc długo nie musiałem czekać.

Wjechał na metę podekscytowany. Z jednej strony z pobicia rekordu życiowego, a z drugiej z powodu wywrotki i zdartego kolana. Upał dawał się we znaki, więc udaliśmy się do auta. Po drodze spotkaliśmy też Roberta, który kamuflował się razem z drużyną z Krakowa, także zadowolony z pobicia rekordu życiowego.

Po chwili relaksu i ogarnięciu się zdecydowaliśmy od razu wracać do domu. Tym razem mogliśmy przejechać samochodem po trasie maratonu, już bez niespodziewanych objazdów.

Czy ostatecznie jestem zadowolony? Z rezultatu niekoniecznie, chociaż jak na brak treningów to nie jest taki zły. Cieszy natomiast, że w końcu była możliwość pościgania się z innymi. Mimo, że takie zawody są męczące, to jednak dają sporo frajdy i motywacji do lepszej jazdy, której brakuje w luźnych treningach. Oby sytuacja wróciła do normy i takich okazji było więcej. Kolejna natomiast już za miesiąc w Łodzi.

Fotki: Krzysztof Różański Photography i MarsoFoto