Kiedyś to był cykl wpisów, które zrobiłem podczas Erasmusa. Nie chciałem ich usuwać, ale skondensowałem wszystko w jeden wpis

Część 1.

Nie lubię pisać o sobie, ale postanowiłem, że wyjazd na Erasmusa postaram się jakoś udokumentować. Przez najbliższe 5 miesięcy będę studiował na IHK w Kopenhadze (Politechnika Kopenhaska), więc pewnie znajdzie się trochę rzeczy do opisania. Na początek sama podróż i kilka pierwszych wrażeń.

Pierwszy etap, to lot z Warszawy do Malmo. Nic szczególnie interesującego i zamierzałem go przespać. Niestety się nie udało i zamiast tego dane mi było dość nieprzyjemnie odczuć zmianę ciśnienia przy lądowaniu. Na szczęście po lądowaniu ból ucha szybko minął.

Następnie trzeba się było dostać z lotniska na dworzec w centrum Malme. Autobus Flugbussarna, na który miałem bilet, stał już na przystanku. Wsiadłem i po kilkudziesięciu minutach przejażdżki byłem przed dworcem w Malmo.

Na peronie natknąłem się na ciekawe rozwiązanie. Tory są pod ziemią, więc można podziwiać tylko betonowe ściany. Żeby jednak uprzyjemnić podróżnym czekanie, zainstalowano projektory wyświetlające na tych ścianach krajobrazy. Widoki przesuwają się z jednego obrazu na drugi dając wrażenie, że ogląda się świat zza szyby jadącego pociągu. Bardzo mi się spodobała ta idea. Pewnie nie jest ani nowa, ani miejscowa, bo w czasie krótkiego oczekiwania przewijały się tam głównie japońskie krajobrazy i miasteczka. Jest to jednak bardzo miłe urozmaicenie i chętnie widziałbym je częściej.

W Kopenhadze trzeba się było przesiąść na pociąg miejski i pierwszy raz kupić bilet „strefowy”. Kopenhaga jest podzielona na 95 stref i cena biletu zależy od ilości stref przez które będziemy jechać. Na razie wydaje mi się to mało intuicyjne i dość skomplikowane, ale pewnie z czasem się przyzwyczaję i jakoś dostosuje. Rozważam też rower, bo infrastruktura jest dość dobra, a wyjdzie znacznie taniej niż transport publiczny. Jedynie pogoda jeszcze nie za specjalnie zachęca do jazdy (temperatura w okolicach zera i jeszcze jakieś pozostałości śniegu), ale wiele osób nic sobie z niej nie robi.

Na uczelni odebrałem klucze do pokoju i teczkę z materiałami informacyjnymi. Cały Orientation Day mnie ominął, ale o najważniejszych rzeczach się dowiedziałem i będąc już dość zmęczony podróżą postanowiłem udać się do akademika. Zostałem zakwaterowany w DIK, które jest oddalone jakieś 15km od uczelni (leży w sąsiedniej strefie), więc trzeba było skorzystać z autobusów.

Przy tej okazji muszę wspomnieć o uprzejmości i przyjaznym nastawieniu miejscowych. Wielokrotnie pytałem o drogę i nie zdarzyło się, żeby osoba pytania nie starała się pomóc. Nawet, jeśli nie znała dokładnej odpowiedzi, to starała się mnie nakierować lub próbowała znaleźć rozwiązanie mojego problemu używając aplikacji na swoim iPhonie. Dzięki takiej pomocy dość szybko trafiłem na miejsce. Do tego porozumiewanie się po angielsku nie stanowi problemu.

Akademik DIK to nie jest duży blok w jakim mieszkałem w Polsce. Jest to 16 domków szeregowych ustawionych w dwóch rzędach nad małym zbiornikiem wodnym. Każdy taki domek ma 32 pokoje jednoosobowe (jest też kilka dwuosobowych). Do tego 2 aneksy kuchenne i mała część wypoczynkowa. Rozkład pomieszczeń został dość ciekawie połączony jednym korytarzem, mimo że budynek jest piętrowy. Osoby mieszkające na piętrze mają małe balkoniki, a te na parterze (jak ja) wnękę pod nim.

Niestety podróż nie przebiegła do końca bez problemów. Na którymś z jej etapów, jeden z zawiasów w laptopie postanowił podzielić się na dwie części. Nie wiem do końca w jaki sposób to się stało, ale metalowe ramię złamało się na zagięciu. Na szczęście drugi zawias jest cały i mam nadzieję, że nie podda się tak łatwo, bo teraz tylko na nim spoczywa utrzymanie matrycy w pionie. Powoli trzeba będzie myśleć o zmianie sprzętu. Oby tylko nie trzeba było robić tego za szybko z powodu całkowitej awarii.

W weekend zrobiłem mały rekonesans po okolicy, bo nic innego na razie nie mam do roboty. Niedaleko znajduje się małe centrum handlowe, które zapewne będzie moim głównym źródłem zaopatrzenia. Jest tak kilka supermarketów i trochę innych sklepów. Towarzystwo na osiedlu jest międzynarodowe, ale znalazło się tu też sporo osób z Polski.

Dzisiaj byłem na uczelni zapisać się na konkretne zajęcia, bo nie wszystkie przedmioty, które wybrałem w Polsce będą prowadzone. Od jutra zaczyna się studiowanie…

Część 2.

Minęły prawie dwa tygodnie mojego pobytu w Danii. Przez ten czas przewinęło się całkiem sporo ciekawych tematów do opisania. Prawdę mówiąc, jest ich tyle, że trudno wspomnieć o wszystkich na raz. Mam nadzieję, że wybrałem te interesujące. Zdjęć jest trochę więcej niż we wpisie, ale muszę je trochę obrobić i zastanowić się jak i gdzie je udostępnić. To na pewno zajmie jeszcze trochę czasu, więc na razie zapraszam do lektury.

Ostatnio skończyłem zapowiedzią początku nauki, więc teraz od tego zacznę. Zajęcia podzielone są na bloki czterogodzinne. Rano zaczynają się około 8:30 i trwają do 12:00. Po południu od 12:30 do 16:00. W trakcie zajęć nie ma sztywnych przerw, ale prowadzący robią dwie lub trzy kilkunastominutowe pauzy. Pierwsza część zajęć przeznaczona jest na teorię, a później zazwyczaj są też jakieś ćwiczenia do zrobienia. Zaliczenie przedmiotu polega na zrobieniu projektu (raczej w grupach). Egzamin jest ustny i opiera się głównie na stworzonym projekcie. Jak to wygląda w praktyce, przekonam się pod koniec semestru.

Ciekawą rzeczą jest to, że na uczelni nie ma typowych sal z komputerami. Założeniem jest, że każdy student przynosi swojego laptopa i na nim pracuje.  Na razie z tą prace jest różnie, bo jeszcze mało nowych rzeczy się dowiedziałem. Pierwsze kilka zajęć to wstęp prawie od zera. Porównując tematy obecnych zajęć z propozycjami dotyczącymi projektów, to planowany jest naprawdę spory progres.

Czego w ogóle się uczę? Mam trochę rzeczy związanych z zarządzaniem siecią i sporo programowania. Na razie, za najciekawszy przedmiot uważam Artificial Intelligence (Sztuczna Inteligencja). Z jednej strony zagadnienia tam omawiane same z siebie są interesujące, a z drugiej są przedstawione przez wykładowcę w ciekawy sposób. Bjørn nie prowadzi typowego wykładu, ale raczej przewodniczy dyskusji związanej z tematem i analizie poszczególnych  problemów.

Oprócz nauki, uczelnia przygotowała też kilka atrakcji dla studentów z zagranicy. Pierwszy takim wydarzeniem był wieczór powitalny. Zostaliśmy oficjalnie powitani przez rektora i poznaliśmy swoich „Duńskich Kumpli” (Danish Buddy). Buddy to student, który ma pomagać przy bardziej praktycznych problemach, które można mieć w nowym kraju (komunikacja miejska, życie studenckie itp.). Każdy ma pod sobą kilku nowych przyjezdnych. Moim Buddy została Rossy z Bułgarii, która uczy się tu już drugi semestr. Pogadaliśmy i Rossy poopowiadała nam trochę o sobie i swoim dotychczasowym pobycie w Danii.

Żeby nie siedzieć przy pustym stole, IHK zorganizowało kilka tradycyjnych, duńskich potraw i piwo dla każdego. Najbardziej charakterystyczną częścią posiłku był chleb żytni – rugbrød, który jest też jedną z ważniejszych części duńskiej kuchni. Oprócz tego było kilka ryb w różnej postaci i różne mięsa. Główne dania były podawane w formie „otwartej kanapki” (polski odpowiednik to tartinka), czyli wraz z dodatkami ułożone na chlebie. Po posiłku udaliśmy się jeszcze do studenckiego baru przy uczelni.

Ten sam dzień był interesujący nie tylko z powodu imprezy zorganizowanej przez IHK. Swoją część dołożyli też kierowcy autobusów, którzy postanowili tego dnia zastrajkować z powodu planowanych zmian we wcześniejszych emeryturach i opłatach za szkolenia.  O tym, że autobusy nie jeżdżą dowiedziałem się dopiero chcąc rano dotrzeć na uczelnię. Zamiast standardowego połączenia musiałem kombinować z pociągiem i dwoma różnymi autobusami, które akurat zdecydowały się przyjechać (ale z rozkładem miało to mało wspólnego). Ostatecznie spóźniłem się jakieś pół godziny, ale z zajęć prawie nic nie straciłem, bo opuściłem tylko powtórkę z podstaw programowania.

Nie chciało mi się ponownie bawić z transportem, więc postanowiłem nie wracać po zajęciach do akademika i na uczelni poczekać na wieczór powitalny (nie ja jedyny). Powrót odbył się już z pominięciem autobusów, za pomocą pociągów miejskich. Trzeba było przejść trochę więcej, ale za to pewnie wróciłem do siebie. Byłem z powrotem nawet wcześniej niż planowałem, ale to ze względu na ogólne zmęczenie i senność.

Jeszcze nie przestawiłem się do tutejszego trybu życia. Przez ostatnie pół roku (albo i dłużej) rzadko musiałem wcześnie wstawać (spokojnie mogłem spać do 9 lub dłużej), więc mogłem sobie pozwolić na siedzenie przy komputerze do późna. Teraz, żeby zdążyć na poranne zajęcia muszę wyjść najpóźniej o 7:20. Idę spać jednak ciągle o podobnej porze i nawet kiedy to piszę jest już po północy. Skutkiem tego jest konieczność drzemki w środku dnia, bo inaczej nie jestem w stanie poprawnie funkcjonować. Jednak po drzemce znowu mogę siedzieć do późna i koło się zamyka. Pewnie jeszcze trochę czasu minie, zanim się dostosuję.

W niedzielę postanowiłem się po raz pierwszy wybrać do centrum Kopenhagi i trochę pozwiedzać. Sprzyjały temu darmowe pociągi „z okazji” pierwszej niedzieli miesiąca. Nie miałem konkretnego planu na ten wyjazd. Stwierdziłem, że wybiorę się w okolicę pomnika Małej Syrenki. Najbardziej znana atrakcja turystyczna i symbol Kopenhagi musi mieć też ciekawe otoczenie. Pierwszy interesujący obiekt zachęcał samą swoją obecnością na mapie.

Kastellet to warownia z XVII wieku w kształcie pięcioramiennej gwiazdy. Najatrakcyjniej wygląda niewątpliwie z lotu ptaka lub na zdjęciach satelitarnych. Z ziemi robi mniejsze wrażenie, ale to wciąż ciekawy obiekt. Dziś służy jako park, ale wciąż formalnie jest terenem wojskowym. Jest tam trochę żołnierzy i nie wszędzie wolno wchodzić. Można jednak bez problemów spacerować po wałach i widać, że jest to dość popularne miejsce np. do biegania.

Mała Syrenka znajduje się w pobliżu Kastellet. Jak na największy symbol miasta prezentuje się dość niepozornie. Nieduży posąg stoi sobie na raczej mało reprezentacyjnym miejscu. Prawie nie widać jej z ulicy, a wpływając do portu też właściwie niewiele zobaczymy. Zaskakujące jest, że akurat ten posąg stał się najbardziej rozpoznawalnym i kojarzonym z Kopenhagą. Zwłaszcza, że w okolicy jest też kilka znacznie bardziej okazałych rzeźb, m.in kolumna Ivara Huitfeldta, czy fontanna Gefion. Pewnie stało się tak z powodu powiązania z popularną baśnią Andersena zamiast z mało interesującymi wydarzeniami historycznymi czy mało znanymi historiami.

Po zapoznaniu się z symbolem Kopenhagi, postanowiłem połazić trochę po mieście, bez jakiegoś konkretnego celu. Widziałem tylko małą część miasta, ale muszę przyznać, że robi spore wrażenie. Z jednej strony, pełno jest małych kamieniczek i zabudowa jest dość ścisła. Kiedy jednak jest gdzieś sporo miejsca, często zajmują je nowoczesne i duże budynki o ciekawej architekturze. Wydaje się, że bardzo dużo uwagi zostało poświęcone estetyce i ciężko się do czegoś doczepić.

Natknąłem się też na interaktywną reklamę Muzeum Kopenhagi. Na jednym z placów został postawiony kontener z prezentacją na temat miasta. Ekrany były dotykowe, więc samemu poruszało się po kolejnych dzielnicach. Całość była przedstawiona ciekawie i atrakcyjnie wizualnie. Niestety nie znalazłem opcji zmiany języka, więc sam machałem po menu trochę bez sensu. Młodzi Duńczycy znaleźli jednak opcje dodawania własnych zdjęć (pod ekranem był czytnik kart pamięci), podglądu z umieszczonej w rogu kamery i możliwość wysłania sobie e-maila z jej obrazem (starszym osobom też sprawiało to frajdę). Bardzo interesujące rozwiązanie i chętnie ponownie przyjrzałbym mu się bliżej.

Będąc w centrum miałem też okazję przyjrzeć się akcji straży pożarnej. Wchodząc do sklepu nic na to nie wskazywało, ale gdy po kilkunastu minutach wychodziłem, kilkanaście metrów dalej już stało kilka czerwonych wozów, a strażacy przygotowywali się do działań. Wkrótce nadjechały jeszcze dwa pojazdy straży oraz nieco radjowozów. Wszystko wyglądało poważnie, ale nie było widać powodu całego zamieszania. Policjant wytłumaczył mi, że to nie są ćwiczenia i cała akcja została spowodowana przez dym, który nagle pojawił się na ulicy przed Burger Kingiem, ale po chwili nie było po nim śladu.

Na razie to by było na tyle. Jest jeszcze kilka rzeczy wartych opisania, ale mogą poczekać do następnych części. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się o czymś konkretnym, to dajcie mi znać (w komentarzach lub wysyłając wiadomość), a postaram się o tym napisać.

Część 3.

Słyszę dźwięk alarmu w telefonie. Otwieram jedno oko, lokalizuje źródło dźwięku i przycisk odpowiedzialny za jego wyłączenie. Przewracam się na drugi bok. Przez żaluzje nieśmiało przedostają się promienie światła. Każdego dnia jest ich trochę więcej. Wstaję, wyglądam przez okno, patrzę w niebo i na gałęzie drzew żeby wiedzieć co pogoda na dziś przygotowała. Po kilkudziesięciu minutach siedzę w autobusie jadąc na uczelnię. Gapię się w okno lub czytam coś na ekranie palmtopa. Na nudniejszych zajęciach (takich jest coraz mniej, bo powtórki już się skończyły) przeglądam czytnik RSS. Wracam do domu. Robię jakieś zakupy i przygotowuję coś do jedzenia. Potem ewentualnie robią sobie drzemkę i próbuję zrobić coś konstruktywnego zamiast bez konkretnego celu przeglądać internet.

Tak w skrócie wygląda mój zwykły dzień. Trochę ich jest i nie bardzo jest co opisywać. Zaaklimatyzowałem się już w Danii i przyzwyczaiłem do pewnych różnic. Ostatnio bardziej byłem też nastawiony na konsumpcje treści niż na ich tworzenie. Zapewne przez brak weny na pisanie. Mam nadzieje, że uda mi się ją przełamać i nowa treść będzie się pojawiała częściej. Może następne wpisy będą krótsze, ale bardziej tematyczne, bo jak widać powyżej nie każdy dzień jest ciekawy. Na razie jednak opis kilku bardziej interesujących wydarzeń z minionego miesiąca.

Kulturalny koktajl

W połowie lutego odbyła się druga impreza organizowana przez uczelnie dla studentów z zagranicy. „Kulturalny koktajl” składał się z trzech części. Najpierw zorganizowano wycieczkę po kanałach Kopenhagi. Wsiedliśmy do łódek i pływaliśmy po wodnych szlakach, których w centrum jest całkiem sporo. W międzyczasie przewodnik opowiadał co widać jest na około. Było dość ciekawie, ale sam czas tego zwiedzania został dość kiepsko dobrany. Słupek rtęci zatrzymał się spory kawałek poniżej zera, a do tego trochę wiało. Na wodzie w wielu miejscach utrzymywał się lód i czasami robiliśmy za lodołamacz. Późne popołudnie oznaczało też że słońce już zachodziło i kiedy w końcu dobiliśmy do brzegu było już ciemno.

Następnym punktem programu był obiad w restauracji. Nie było w nim niczego szczególnego. Raczej taka okazja do pogadania i napełnienia żołądka przed dalszą częścią imprezy, która miała odbyć się w barze. Przez pewien czas mieliśmy salę tylko dla siebie, ale nawet potem dominowało tam międzynarodowe towarzystwo. Zabawa była świetna, chociaż miejsca nie było wiele. Można było się napić, pogadać, ale też trochę potańczyć. Do siebie wróciłem ostatnim pociągiem z centrum razem ze znajomymi z Turcji.

Futbolowy blackout

Brak prądu zbliża ludzi. Pewnego wieczora mieliśmy awarię sieci elektrycznej. Padł jeden z głównych bezpieczników na osiedlu. W połowie gniazdek zabrakło prądu i w dodatku dotknęło to także tych internetowych. Zrządzeniem losu, akurat tego dnia swój mecz rozgrywał Lech Poznań i zaplanowane było wspólne oglądanie. Planowałem spędzić ten wieczór bardziej produktywnie, ale do tego był mi potrzebny internet. Okazało się, że mimo problemów technicznych transmisja się jednak odbędzie w sąsiednim boku, więc pisanie artykułu zeszło na dalszy plan i poszedłem na mecz. Był to strzał w dziesiątkę, bo na taki krok zdecydowało się więcej osób z Polski, w tym sporo takich, których wcześniej nie poznałem. Sam mecz do ciekawych nie należał, ale siedzieliśmy później razem jeszcze kilka godzin (w międzyczasie naprawiono też awarię) bawiąc się w kalambury.

Kilka dni później była całkiem niezła pogoda, więc pojawiła się propozycja zagrania w piłkę nożną. Ostatni raz grałem chyba w liceum i nie mam stroju sportowego na wczesnowiosenna porę, ale z braku innych interesujących opcji na trochę sportu, postanowiłem wziąć udział. Było kilka osób z Polski i dwóch Francuzów. Boisko przy akademikach ma wymiary takiego do piłki ręcznej, ale i tak było trochę biegania. Szybko przekonałem się o brakach kondycyjnych mimo częstego grania w siatkówkę. To jednak trochę inny rodzaj wysiłku i większa ilość biegania za piłką była odczuwalna następnego ranka. Należałoby raczej napisać popołudnia, bo tego samego dnia, co kopanie futbolówki była też dość spora impreza w akademiku z ponad setką osób, która zapewne też po części przyczyniła się do trudności ze zwleczeniem się z łóżka.

Student-Dinner

Kolejnym wydarzeniem dla studentów zagranicznych sponsorowanym przez IHK był obiad przygotowany przez studentów. Zostaliśmy rozdzieleni na grupy względem narodowości, dostaliśmy do dyspozycji 600 koron i mieliśmy przygotować coś z naszej regionalnej kuchni. Dziewczyny zdecydowały się na robienie bigosu, pierogów i ogórków kiszonych. Z tego wszystkiego tylko to pierwsze było przygotowane od początku do końca, a reszta była trochę pójściem na skróty i kupieniem gotowców (mrożonek) w polskim sklepie w sąsiedniej miejscowości. Bigos został ugotowany kilka dni wcześniej, a przyrządzenie dwóch rodzajów pierogów (ze sporym udziałem z mojej strony) odbyło się przed samą imprezą.

Na miejscu, w studenckim barze przy uczelni, okazało się, że nie tylko my ułatwiliśmy sobie trochę zadanie. Szwedzki stół ze wszystkimi daniami na pewno nie pokazywał całej różnorodności kulturowej uczestników. Dania były raczej mało wyszukane i mam wątpliwości, czy część z nich mogła zostać określona przymiotnikiem „narodowe”. Może część dań nie miałem okazji spróbować, bo zniknęła zbyt szybko (było ich zbyt mało), ale naleśniki, placki ziemniaczane, jakieś sałatki, czy owoce w czekoladzie jakiegoś większego wrażenia na mnie nie zrobiły. Najciekawiej przedstawiały się chyba dania z Chin z całkiem niezłym mięskiem i „zgniłymi” jajkami w herbacie. Jedna z ekip poszła na łatwiznę do tego stopnia, że pomagały im… mamy.

Po obiadku dalsza część wieczoru odbyła się przy napojach z samego baru. Było też karaoke z darmowym piwem dla uczestników, ale jego nagłośnienie pozostawiało trochę do życzenia. Kilka osób, które nie było nowicjuszami nie miało problemów z odpowiednią głośnością, ale większości przypadków trudno było słuchać. Z tego też względu nie zdecydowałem się spróbować i zamiast tego między popijaniem piwa wolałem zagrać w piłkarzyki. Kolejne spotkania były na tyle zajmujące, że wspólnie z kilkoma znajomymi na osiedle wróciłem dopiero ostatnim autobusem.

Krótko nie na temat

Pogoda robi się coraz bardziej wiosenna. Nauka na uczelni się powoli rozkręca. Coraz więcej nowych rzeczy i są już pierwsze zadania do wykonania. Zegar biologiczny już przestawiony na wcześniejsze wstawanie. Z głodu nie umieram, ale pewnie za bardzo nie przytyje. Kupiłem rower. Przejechałem nim już kilkadziesiąt kilometrów i zamierzam nim dojeżdżać na uczelnie. Złożyłem papiery o rejestracje pobytu w Danii. Przeczytałem 3 książki, obejrzałem kilka filmów i przejrzałem setki artykułów w internecie. Zaczynam rozumieć niektóre słowa po duńsku (ale tylko gdy są napisane).

Po tysiącu słowach czas też na trochę obrazów. Część zdjęć, które tutaj zrobiłem, wrzuciłem do Web Albumu Picasy. Oprócz tego, że nie muszę się za bardzo martwić o pojemność i Google nie ingeruje w wielkość zdjęcia, to dostępne jest także geotagowanie. Przy niektórych zdjęciach dodałem współrzędne geograficzne, więc można sobie na mapce zobaczyć gdzie co jest. Zdjęć z imprez nie ma, bo aparat mi się nie mieści do kieszeni. Zamiast tego możecie zobaczyć jak wygląda Kopenhaga i jak sobie tu mieszkam. Część zdjęć ma podpisy, ale niektóre mogą się też doczekać dłuższych opisów w kolejnych wpisach.

Część 4 - z siedzenia pasażera

Jak by się tu dostać z punktu A do punktu B? Jeśli jest blisko, to wystarczy się przejść. Na dalsze odległości potrzebny jest już jakiś środek transportu. Nic pod ręką nie mam, więc trzeba skorzystać z publicznych środków komunikacji. W Kopenhadze do wyboru mamy autobusy, pociągi miejskie i metro. Do niedawna prawie codziennie z nich korzystałem, więc kilka słów jak to wszystko jest zorganizowane

Autobus czerwony

W Warszawie był czerwony, a w Kopenhadze są żółte. W dużym stopniu przypominają mi autobusy jakimi jeździłem w Anglii. Wsiada się wyłącznie przodem (wyjątkiem są rodzice z wózkami i osoby starsze z chodzikami), a wysiada tyłem. Kierowca pełni także rolę kontrolera biletów. Przy wejściu musi sobie spojrzeć na bilet lub usłyszeć dźwięk kasownika, który jest przy drzwiach. Panowie i panie (kilka kobiet też siada za kierownicą autobusu) kierowcy nie są jednak zanadto drobiazgowi i nie trzeba się nawet przy nich zatrzymywać. Wystarczy rzut oka i z uśmiechem kiwają głową, że wszystko jest w porządku. W przypadku braku biletu bez problemu też go sprzedadzą.

Sama jazda autobusem do najciekawszych nie należy. Krajobraz za oknem raczej nie zachwyca, a i przydrożnych reklam nie można sobie poczytać, bo praktycznie ich nie ma. Zamiast tego można sobie poczytać gazetę. Prawie zawsze za kierowcą znajduje się pojemnik ze sporą ilością egzemplarzy jakiegoś dziennika. Niestety dla mnie – jest po duńsku, więc niewiele mi po nim. W części autobusów jest za to WiFi i dostęp do internetu. Łatwo je rozpoznać, bo zazwyczaj jeżdżą na liniach z literą S przy numerze i są ozdobione niebieskimi naklejkami. Połączenie z siecią nie jest może idealne, ale w zupełności wystarcza przy korzystaniu z niego w czasie tych kilkunastu minut jazdy.

Na początku można się trochę zdziwić stylem jazdy kierowców. Przejeżdżanie przez skrzyżowanie na „późnym żółtym”, czy nawet na „wczesnym czerwonym” jest na porządku dziennym. Autobusy mają bowiem większe prawa na drodze i w wielu miejscach można odnieść wrażenie, że wymuszają pierwszeństwo przejazdu. Dzięki temu są jednak bardziej punktualne, a nawet jeśli zdarzają się jakieś opóźnienia, to można to zobaczyć na elektronicznej tablicy która często jest zamontowana nad rozkładem jazdy.

Jedzie pociąg z daleka

Autobusy są dobrym środkiem transportu, bo dojeżdżają prawie wszędzie. Cierpi na tym trochę prędkość podróży. Dobrym rozwiązaniem jest więc kolej miejska. Dzięki niej można znacznie szybciej dostać się w bardziej odległe miejsca. 7 linii, około 170 km torów i ponad 80 stacji pokrywają większą część miasta i jego okolic.

Stacje kolejowe łatwo odszukać, gdyż w ich pobliżu zawsze znajdzie się duży, czerwony sześciokąt z literą S – logo miejskich pociągów, które lokalnie są nazywane S-tog. Peron znajduje się na innym poziomie niż ulica, więc wchodzimy (lub schodzimy) do niego po schodach. Jeśli mamy do przewiezienia coś cięższego lub niewygodnego do wniesienia możemy skorzystać z windy. Rozwiązanie idealne przy podróży z rowerem. Przy wejściu lub na samym peronie znajdują się kasowniki do klip-kart. Jeśli nie mamy biletu, to możemy go kupić w automacie. Rozkład jazdy znajdziemy w formie tradycyjnej, jak i elektronicznej. Oprócz tego nad torami jest też informacja jaki pociąg i za ile minut się pojawi. Żeby nie było zbyt nowocześnie, to jest ona wyświetlana za pomocą przeskakujących klapek.

Pociągi są jak najbardziej współczesne. Podobnie jak niektóre tramwaje, mają formę jednego, długiego wagonu. W środku są jednak podzielona na mniejsze części. Wejścia są oddzielone od siedzeń przez szklane ściany i drzwi, zapewne żeby zmniejszyć i tak niski poziom hałasu. We wszystkich pociągach jest WiFi i dostępem do internetu. Pod sufitem zamontowane są też telewizory wyświetlające specjalnie przygotowane (bez dźwięku) wiadomości i reklamy. Bez problemu można też ze sobą zabrać rower. Na obu końcach pociągu część wagonu jest przeznaczona właśnie dla nich i zamiast siedzeń są uchwyty na rowery.

Metro 2011

Kolejna kolejka obsługuje centrum Kopenhagi. Z metra skorzystałem jednak jedynie w celach poznawczych. Jest ono bowiem w pełni zautomatyzowane. Wagonikami steruje komputer, a człowiek tylko siedzi w centrali za biurkiem i patrzy na monitoring (o ile nie ucina sobie właśnie drzemki). Stacje są ulokowane głęboko pod ziemią i prowadzi do nich imponująca kombinacja ruchomych schodów. Sam peron jest oddzielony od torów szklaną ścianą i parkowanie musi być na tyle precyzyjne, aby drzwi wagonów zrównały się z drzwiami w ścianie. Wszystko działa bardzo sprawnie i bez problemów. Trochę dziwnie patrzeć do przodu i nie widzieć miejsca dla kierowcy, ale pewnie za jakiś czas podobnie będzie wyglądać podróż samochodem.

Wszystko razem

Cały ten transport lądowy tworzy całkiem niezłą sieć komunikacyjną, dzięki której można się sprawnie poruszać po Kopenhadze nawet na dalsze odległości. Wszystko jest nowoczesne i do funkcjonowania komunikacji nie można mieć większych zastrzeżeń (poza nielicznymi wyjątkami, jak strajk kierowców). Musi być jednak jakiś haczyk i w tym przypadku jest to cena.

Bilety są uniwersalne, ale opłata jest uzależniona od liczby stref jaką chcemy przejechać. W sumie jest ich 95 i na początku połapanie się w nich nie jest takie proste. Pomagają mapki na przystankach i stacjach pokazujące jak daleko możemy zajechać na danym bilecie. Przyswojenie sobie tego całego systemu nie pomaga w świadomości ile trzeba zapłacić za przejazd. W przypadku jednorazowego biletu to równowartość przynajmniej 12 złotych i to tylko na dwie strefy. Bardziej opłacalne jest nabycie klip-karty na 10 przejazdów lub biletu miesięcznego (aktualne ceny – podzielić na pół żeby mieć orientacyjną kwotę w złotówkach), ale w ostatecznym rozrachunku ekonomicznym transport publiczny przegrał z rowerem jako codzienny środek komunikacji. Ale o tym następnym razem.