RollAthlon’100, czyli 100km na rolkach

Sto kilometrów na rolkach? Kiedyś coś takiego nie było nawet w strefie moich marzeń. Mówi się jednak, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Po kilku rolkowych maratonach zaczął kiełkować pomysł na zmierzenie się z czymś trudniejszym. Mając w pamięci wspomnienia z pierwszego maratonu chciałem, żeby to także było coś wartego zapamiętania. Szukałem jakiegoś ciekawego wydarzenia w którym mógłbym wziąć udział.

Wybór padł na Roll’Athlon 100 i po cichu zacząłem się przygotowywać. Z formą nie było źle. Oczywiście mogło być lepiej, ale z ograniczonym czasem skupiałem się tylko na dłuższych jazdach. Większym wyzwaniem było logistyczne ogarnięcie wyjazdu. Nie chciałem robić tygodniowych wakacji, ani też startować zmęczony długą podróżą. Na szczęście udało się wszystko w miarę rozsądnie rozplanować i można było ruszać.

Przed wyścigiem

Wyścig był w niedzielę, a ja wyjeżdżałem w piątek. Rano jeszcze ostatnie zakupy, pakowanie plecaka i w drogę. Najpierw pociąg z Łodzi do Warszawy, potem przesiadka w pociąg na lotnisko, chwila czekania i samolot do Genewy. Tam kolejny pociąg do centrum i trochę odpoczynku. Następnego dnia miałem trochę czasu na spacer po mieście i po południu wyruszyłem pociągiem w dalszą drogę do Francji.

Bazą dla Roll’Athlonu było Seyssel – małe miasteczko oddalone około 50km od Genewy. Po dotarciu na miejsce od razu udałem się po odbiór pakietu startowego do biura zawodów, które mieściło się przy centrum informacji turystycznej. Zaraz po wyjściu z dworca spotkałem też dwójkę innych zawodników i w drodze po pakiety dostałem kilka rad od bardziej doświadczonego kolegi na temat tego, gdzie na trasie można się spodziewać trudności.

Do biura zawodów dotarliśmy na kilka minut przed jego otwarciem i trzeba było chwilę poczekać. Pogoda przez cały wyjazd była wakacyjna i słońce mocno dawało się we znaki. Wcześniejszy spacer po Genewie jednak trochę mnie zmęczył, więc usiadłem w cieniu na trawie żeby nie marnować sił. Kiedy tak siedziałem, zwróciłem uwagę, że wśród zawodników, którzy się kręcili w pobliżu jest całkiem spore zróżnicowanie narodowościowe i oprócz Francuzów, byli też Niemcy, Holendrzy, czy Hiszpanie. Reszty ekipy z Polski nie udało mi się jednak wtedy zlokalizować.

Kiedy biuro zawodów już się otworzyło i kolejka do zgłoszeń już przerzedziła, przyszedł czas na odbiór swojego pakietu. Przy odbieraniu trzeba było uiścić kaucję za chipa (60 Euro), która lądowała do koperty i była zwracana po wyścigu. W pakiecie raczej standardowe rzeczy, czyli numery startowe, butelka wody, batonik energetyczny, małe ciastko z czekoladą, bony na posiłki i masa ulotek reklamowych. Dodatkowo każdy startujący otrzymywał całkiem fajną koszulkę rolkowo/rowerową w barwach wydarzenia. W torebce z pakietem nie było jednak agrafek do przyczepienia numeru, ale bez problemu można je było dostać osobno.

Miałem już wszystko czego potrzebowałem do wyścigu, teraz trzeba było znaleźć miejsce do spania. Seyssel jest na tyle małe, że nawet piechotą, w kwadrans dotrze się wszędzie. Bez problemu znalazłem adres miejsca, gdzie miałem się zatrzymać. Za względu na to, że planowałem wyjazd dopiero w poniedziałek zrezygnowałem z noclegu oferowanego przez organizatorów w szkole, a wynająłem na dwa dni małe mieszkanie przez Airbnb. Cenowo było korzystniej niż hotel, a znacznie wygodniej.

Wziąłem szybki prysznic i postanowiłem jeszcze zrobić szybkie zakupy. Pomyślałem, że po wyścigu być może nie będę w stanie się już nigdzie ruszyć. Jak się później okazało, było to bardzo dobre posunięcie, bo w niedzielę i tak prawie wszystko było zamknięte.

Ostatnim punktem soboty było „pasta party”, czyli obiadokolacja przygotowana przez organizatorów. Zgodnie z nazwą była porcja makaronu (dwa rodzaje do wyboru), do tego surówka, bułka, kawał sera i na deser szarlotka. Można się było najeść i przy okazji poznać innych zawodników. Wcześniejszy spacer po Genewie zabrał mi jednak sporo energii. Następny dzień zaczynał się dość wcześnie, więc szybko się zwinąłem. Przygotowałem sobie torbę z potrzebnymi rzeczami i poszedłem spać.

Poranne zamoty

Start był o 7:30, więc trzeba było się zebrać dość wcześnie. Ostatnio poranki nie są moją mocną stroną, dlatego też większość rzeczy przygotowałem sobie dzień wcześniej. Śniadanie było serwowane już od 4:30, ale ja postanowiłem pospać jak najdłużej i pobudkę zaplanowałem dopiero na 6 rano. Szybkie ogarnięcie się i kilkanaście minut później byłem już koło biura zawodów. Załapałem się na końcówkę tego co było do zjedzenia. Nie byłem głodny, więc zjadłem tylko dwa czekoladowe rogaliki, żeby nie startować z pustym żołądkiem i popiłem sokiem pomarańczowym.

Do startu została już mniej niż godzina, więc przyszedł czas, żeby przebrać się, założyć rolki i przypiąć numery. Gotowy do jazdy postanowiłem jeszcze na pobudzenie napić się Red Bulla. Wtedy spotkałem kolegów, z którymi rozmawiałem na drodze z dworca. Czekali na grupę Holendrów, aby razem udać się na start. Już miałem z nimi jechać, gdy nagle kofeina zaczęła działać. Zauważyłem na czyjejś nodze chipa i zorientowałem się, że ja go nie założyłem. Szybko wracam do depozytu, biorę swoją torbę i szukam. Do środka już włożyłem ubrania, więc nie tak łatwo go znaleźć. Nerwowe przeglądanie, czy na pewno go spakowałem? Czy muszę jeszcze wracać do mieszkania? Na szczęście jest! Zakładam na nogę i jadę na start.

Linia startu nie znajduje się w tym samym miejscu co meta, ale w oddalonym 3km Motz. Zamieszanie z chipem sprawiło, że poznani wcześniej koledzy już odjechali. Zostało jednak jeszcze kilka osób zmierzających w tamtym kierunku, więc jadę za nimi, żeby się nie zgubić. Po drodze robię szybką rozgrzewkę, bo wcześniej o niej nie pomyślałem.

Wtedy zorientowałem się, że w kieszonkę z tyłu nie włożyłem klucza do kół. Ostatnio sprawdzałem dokręcenie wszystkiego przy pakowaniu, ale widziałem już zgubione kółka i szyny robiące helikopter. Zawsze zabieram ten klucz ze sobą, a zapomniałem go akurat na najważniejszy start. Ech! Chwilę wcześniej wyobrażałem sobie przejechanie całego dystansu bez chipa. Teraz okazuje się, że pojadę niepewny o stan śrubek. Trzeba liczyć, że szczęśliwie nic niespodziewanego się jednak nie przytrafi. Zaczyna się ciekawie…

Wyścig

Przed startem

Dojeżdżam na start i tuż przed słyszę znajome rozmowy. Wyhamowałem, zawróciłem i w końcu poznałem ekipę z Krakowa, która również startowała. Z tego miejsca od razu pozdrowienia dla Eweliny, Kasi i Jerzego. Zamieniliśmy kilka słów i udaliśmy się za linie. Tam okazało się, że startuje jeszcze jeden Jerzy, ale mieszkający już we Francji.

Start był podzielony na 3 strefy. Z tego co zauważyłem, to pierwsza była dla szybkich facetów, druga dla szybkich kobiet, a trzecia dla całej reszty. Nie pretendowałem do miana szybkich facetów, ale też nie chciałem startować z tyłu. Ustawiłem się mniej więcej na skraju 2-3 rzędu w 3 strefie. Ekipa z Krakowa postanowiła startować trochę dalej, a Jerzy z Francji podszedł pod pierwszą strefę.

Na kilka minut przed startem głos zabrali organizatorzy i przekazali ostatnie instrukcje i informacje, co mniej więcej zawierało się w: „Jeździmy po prawej, wyrzucamy śmieci gdzie trzeba, uważamy na znaki i innych uczestników ruchu. Pierwsza połowa jest z wiatrem, ale druga będzie pod wiatr, więc dobrze zarządzajcie siłami. Powodzenia, zaraz startujemy”. Chwila czekania, odliczanie i startujemy.

Jeśli chcesz, to możesz śledzić dalszą część z zapisem Garmina lub Endomondo.

Start

Mimo wcześniejszego podziału na strefy wszyscy startowali jednocześnie. Linie oddzielające poszczególne sektory sprzątnięto i z trzech mniejszych grupek zrobiła się jedna duża. Odliczanie się zaczęło. Zrobiło się trochę ciaśniej. 3… 2… 1… Start!

Zamieszanie jak zwykle na starcie. Każdy chce być z przodu. Widać jednak, że nie ma takiej spiny jak na maratonach i dość szybko robi się luźniej. Można spokojnie wyprzedzać tych wolniej jadących z bezpiecznym marginesem.

1km

Nie można się było nawet porządnie rozpędzić, bo kilkaset metrów po starcie był pierwszy zakręt i zaraz za nim zaczynał się podjazd. Od razu był odczuwalnie stromy oraz dość długi i sporo osób to zwalniało. Moją uwagę zwróciła wtedy pani, która jechała w spódniczce zamiast spodenek. Strój bardziej do tenisa, ale na rolkach też wyglądał dobrze. Na tym pierwszym podjeździe ją wyprzedziłem, ale jak się później okazało nie było to nasze ostatnie spotkanie na trasie.

2km

Jak się na górę wjechało, to teraz trzeba z niej zjechać. Ze szczytu nie wygląda to bardzo stromo, więc jedziemy…

3km

Było szybko, ale nie niebezpiecznie. To co było widać ze szczytu to jednak nie koniec, tylko krótkie wypłaszczenie. Potem droga wiedzie jeszcze mocniej w dół. Nie chciałem się za mocno rozpędzać, bo już wtedy jechałem ponad 40km/h. Gdy sobie spokojnie wytracałem prędkość zostałem popchnięty z tyłu. Oho, jakiś pociąg pewnie się tworzy za mną. Nie będę go hamował, zobaczymy co będzie.

Rozpędzamy się dalej i powoli przestaje być fajnie. Rolki zaczynają delikatnie myszkować i już nie czuję się pewnie. Zaliczyłem już kiedyś upadek przez nieopanowanie rolek przy sporej prędkości i nie chciałbym tego powtórzyć, zwłaszcza na początku tak długiego wyścigu.

Nie byłem zdecydowany na odrywanie nogi od podłoża żeby trochę przyhamować. Bałem się, że nie mam wystarczającej siły w kostkach, żeby przy takiej prędkości utrzymać się w pozycji pionowej na jednej nodze mając niskie buty. W głowie już pojawiały się myśli o skutkach szlifu przy takiej prędkości. Wyprostowałem się, żeby opór powietrza mnie przyhamował i zjechałem na bok, żeby pewniejsi zjazdowcy mogli mnie wyprzedzić. Kiedy sytuacja się unormowała spojrzałem na zegarek i pokazywał ponad 50km/h. Po wszystkim okazało się, że maksymalna zarejestrowana prędkość to 56,6 km/h.

5km

Jak tak sobie jechałem dalej, to w myślach żałowałem, że jednak nie kupiłem świeżych kółek tylko jechałem na używanych o trochę nierównym profilu. Na tym zjeździe pierwszy raz od dawna poczułem, że brakuje mi kontroli nad niskim butem. Podczas tego myszkowania czułem luz bucie i miałem wrażenie, że rolki są trochę za luźno zawiązane. Na płaskim jednak nie było problemu. Gdzieś tam z tyłu głowy pojawiły się pierwsze wątpliwości

 

7km

Powstał konkretny pociąg poruszający się z niezłą prędkością i postanowiłem do niego dołączyć. Emocje związane ze startem powoli opadały i teraz trzeba było na spokojnie jechać dalej.

11km

Dwie mniejsze górki i widać, że będzie ciekawie. Staram się zjeżdżać bezpieczniej, ale i tak prędkość zbliża się do 50km/h. Dwóch szalonych nartorolkarzy mnie wyprzedza. Moja grupka mi odjeżdża. Na szczęście zaraz na dole zostałem dogoniony przez kolejny pociąg i trzymam się dalej z nim.

13km

Następny dłuższy podjazd. Tutaj już czuję, że mam braki w tym zakresie. O ile te krótsze pokonywało mi się bez większego problemu, to kiedy pod górę jedzie się już przez kilometr zaczyna brakować mi mocy na utrzymanie zadowalającej prędkości. W połowie górki dostałem zadyszki i poczułem, że później może być ciężko.

Za szczytem znowu dłuższy zjazd. Nie był tak stromy jak ten pierwszy i tym razem całkiem przyjemny. Zwłaszcza, że droga w tym momencie biegła przez wioskę i sporo osób kibicowało.

22km

Do tego momentu jechało się całkiem nieźle. Średnia prędkość podróżowania oscylowała w okolicach 30km/h. Droga ciekawa i urozmaicona. Wiodła zarówna w lesie, wśród pól, jak i przez małe wioski z rondami i progami zwalniającymi.

Zbliżał się jednak kolejny długi podjazd, tym razem zakończony premią górską. Znowu po około kilometrze wspinania się zabrakło mi sił. Jechałem z grupą, więc chciałem utrzymać dobre tempo. Trochę się przeliczyłem i miałem pierwszy mały kryzys. Końca góry nie było widać, a moja prędkość zbliżała się do marszu.

Wtedy w głowie ponownie pojawiły się wspomnienia o tym, że rolki są trochę za luźne. Przez kilkanaście kilometrów mi to nie przeszkadzało, ale nie wiedziałem jaki będzie zjazd po drugiej stronie i potrzebowałem chwili oddechu. Po raz pierwszy złamałem więc moje postanowienie o nie zatrzymywaniu się trakcie zawodów.

Zatrzymałem się, usiadłem na murku, który akurat był przy drodze i szybko zawiązałem buty jeszcze raz, tym razem mocniej zaciskając sznurówki. Całość trwała maksymalnie 30 sekund, więc moja grupka mi uciekła. Liczyłem, że może zgarnie mnie następny pociąg. Na horyzoncie jednak nikogo nie było widać. Myślałem, że więc zacząłem się ponownie wspinać.

Moją chwilę słabości musiał dostrzec jeden z motocyklistów pomagających w zabezpieczaniu trasy i przed szczytem się zatrzymał i wręczył mi butelkę wody. Podziękowałem i ruszyłem dalej.

25km

Okazało się, że zjazd z premii górskiej niczym się nie wyróżniał. Zobaczyłem także, że nie tylko ja miałem problemy z ostatnią górką i jakiś samotny rolkarz jedzie kilkaset metrów przede mną. Najpierw postanowiłem go dogonić, potem zauważyłem że dalej widać jeszcze moją grupę. Na zjazdach jechali ostrożniej, więc była szansa dogonić też ich. Droga przez prowadziła przez las i była dość kręta, więc jest na to szansa.

26km

Samotny rolkarz dogoniony. Chwila odpoczynku za jego plecami i próbujemy gonić dalej.

28km

Udało się wrócić do większej grupy! Gość, który odpadł też się dowiózł za moimi plecami. Ten ostatni kawałek kosztował mnie jednak sporo wysiłku i postanowiłem się powozić na końcu aż odzyskam trochę sił.

30km

Złapałem grupę w samą porę. Wyjeżdżamy z lasu, mijamy miasteczko i wyjeżdżamy na bardziej otwartą przestrzeń. Jedzie mi się już lepiej, ale brakuje mi już lekkości. Dotychczasowe kilometry zrobione dobrym tempem zaczynają już się odbijać na moim organizmie. Do tego robi się coraz cieplej. Zjadam kawałek banana i próbuję dalej odpocząć z tyłu grupy.

38km

Kolejne kilometry niczego nie zmieniają. Jest w miarę płasko. Ja nadal zmęczony wlekę się na końcu grupy, ale tempo cały czas jest dobre, w okolicach 30km/h. Widoki jednak rekompensują wkładany wysiłek. Po lewej stronie droga styka się z wysoką na kilkanaście metrów, pionową skalną ścianą. Po prawej stronie drogi płynie Rodan. Za nim z kolei widać kolejną skalną ścianę wyłaniającą się ze zbocza góry po drugiej stronie rzeki.

Nagle widok po prawej stronie się kończy i jedziemy po dnie wąwozu ze kamienną ścianą po lewej i równie wysoką ścianą po prawej. W wąskim przesmyku przed nami widać tylko zbocze kolejnej góry.

Można sobie tamtędy pojeździć w Google Street View, żeby zobaczyć jak to wygląda (kierunek: zachód).

43km

Katastrofalny błąd! Na jednym z punktów żywieniowych się nie ogarnąłem i pozwoliłem uciec grupie.

Zaczynało się już robić gorąco, więc chciałem wziąć kolejną butelkę z wodą. Żeby nie wozić za dużo, specjalnie wypiłem to co miałem i wyrzuciłem śmieci przed strefą. Gdy dojeżdżaliśmy do wolontariuszy już miałem upatrzone skąd wezmę butelkę. Pech chciał, że zostałem uprzedzony przez jednego z zawodników, którzy jechali przede mną. Akurat w tym miejscu wolontariuszy była tylko dwójka i już zdążyli rozdać wszystko co trzymali w rękach.

Nigdzie nie widziałem butelek, które mógłbym jeszcze zgarnąć po drodze. Zobaczyłem pudełko z nimi, ale w czasie jazdy nie było możliwości żeby je wyciągnąć. Przejeżdżałem już za strefę i potrzebna była szybka decyzja: albo jadę dalej bez wody, albo zwalniam i jednak zabieram butelkę. Zdecydowałem się na to drugie. Hamowanie z prędkości 30km/h trochę jednak trwa i zdążyłem już minąć się ze stolikiem z napojami. Musiałem zrobić szybki nawrót, wziąłem butelkę z wodą z pudełka i pojechałem dalej. Wtedy zobaczyłem, że cały rządek butelek był również ustawiony po lewej stronie drogi i gdybym tylko je wcześniej zauważył, to nie musiałbym zwalniać.

Całe zamieszanie trwało raptem kilka sekund i grupa na końcu której jechałem nie odjechała daleko. Problemem było to, że kolejna część trasy zaraz za strefą biegła pod górkę. Ja wytraciłem prędkość zbyt wcześnie i na podjeździe odległość od grupy zaczęła rosnąć.

50km

Miałem nadzieję, że tak jak poprzednio uda mi się odrobić dystans na zjeździe. Niestety na tym etapie moje tempo nie było już tak dobre i zostawałem coraz bardziej z tyłu. Do tego wyjechaliśmy na bardziej odsłoniętą ścieżkę rowerową i czułem, że wiatr mi dodatkowo przeszkadza. Dalej musiałem więc radzić sobie sam.

53km

Następny punkt żywieniowy. Był znacznie bliżej niż się spodziewałem. Mogłem spokojnie dojechać do niego na sucho i przytrzymać się tej grupy. Teraz zniknęli mi już prawie z pola widzenia. Energii wyczuwalnie już ubyło. Wziąłem banana i starałem się utrzymywać przyzwoite tempo.

Przejeżdżam przez most na Rodanie, więc jestem mniej więcej na półmetku. Teraz miało się zrobić trochę trudniej, bo wiatr będzie wiał w twarz. Przy samotnej jeździe może być nieciekawie. Ciekawe kiedy dogoni mnie jakaś następna grupka, żebym mógl do niej dołączyć?

54km

Kolejny most? Tym razem większy. Chyba mi się już trochę trasa miesza, ale teraz to już zdecydowanie przejazd na drugą stronę Rodanu. Zaczynam się rozglądać za siebie. Może ktoś tam za mną już jedzie i mnie dogania? Na razie jednak nikogo nie widać.

58km

Znowu górka… Nie jest stromo, ale podjazd jest długi i już mi motywacja siadła, żeby cisnąć na czas. Wjeżdżam spokojnym tempem i w międzyczasie zjadam żel energetyczny. Jak zwykle musiałem sobie przy tym ręce pokleić. Próbuję jechać dalej, ale takie klejące się palce powodują u mnie straszny dyskomfort. Trochę wody zamiast do buzi leci więc na dłonie i opłukuję je z pozostałości po słodkościach.

Przy okazji zauważyłem też, że włożony wysiłek widać już na zewnątrz. Osad z soli był wyczuwalny na paskach od kasku i co ciekawe także na piersi. To był mój pierwszy dłuższy wyścig w przylegającym kombinezonie wyścigowym. Był dopasowany tak dobrze, że z przodu przy ramionach także zostało już trochę białego osadu.

61km

Podjazd ciągnie się i ciągnie. Na szczęście ktoś w końcu mnie dogonił. Najpierw była to trójka nartorolkarzy. Rozważałem podążanie za nimi, jednak pod górkę z kijkami wspinali się za szybko. Mieli też już niedaleko do mety (nartorolkarze jechali 67km) i walczyli o podium, więc dałem sobie spokój.

Kilkadziesiąt metrów za nimi jechała natomiast spora grupa rolkarzy. Ich już nie zamierzałem puścić i jak tylko mnie wyprzedzili, dołączyłem na koniec grupy, żeby trochę odsapnąć po samotnej jeździe. Kiedy przyjrzałem się z kim jadę, dojrzałem charakterystyczną spódniczkę pani, którą wyprzedzałem na pierwszym podjeździe. Po 60 kilometrach spotkaliśmy się raz jeszcze i tym razem to ona mnie wyprzedzała.

62km

Dotarliśmy na szczyt i mogłem się przekonać jakim tempem podróżowała ta grupa po płaskim. Ku mojemu zdziwieniu nie było ono zbyt duże. Musiałem naprawdę sporo zwolnić jak jechałem sam. Chyba nie tylko ja zauważyłem, że jest wolniej, bo od czoła grupy odjechała trochę szybciej trójka zawodników. Postanowiłem do nich dołączyć i pewnie jechałbym z nimi dalej, gdyby znowu nie górka.

Tym razem problemem nie było zmęczenie spowodowane wysokim tempem. Jechało mi się całkiem sprawnie, ale w pewnym momencie poczułem skurcze z tyłu lewego uda. Nie było to jeszcze nic wielkiego, ale wolałem odpuścić niż się potem się zwijać z bólu. Pozwoliłem więc tej trójce odjechać, a ja ponownie dołączyłem do głównej części grupy i postanowiłem spokojnie jechać z nimi.

65km

Jadę dalej z grupą. Spokojnie, bez szaleństw. Średnia prędkość to około 22km/h. Po kilku kilometrach wydaje mi się to dość wolno. Na mniejszych pagórkach czuję jednak jeszcze te skurcze mięśni, więc się nie wyrywam do przodu.

76km

Nie ma co… Trasie na pewno nie można odmówić braku urozmaicania. Tym razem odrobina off roadu. Przenosimy się ze ścieżki rowerowej na drogę i trzeba pokonać kilka metrów po żwirze. Po tylu kilometrach jazdy nagłe zatrzymanie się i przejście kilku kroków jest dziwne. Zwłaszcza, że te kroki trzeba pokonać wchodząc na skarpę. Chyba nie tylko ja mam takie odczucia, bo nikt się nie spieszy. Ja też stawiam nogi ostrożnie, żeby nie nabawić się niepotrzebnych otarć.

80km

Trochę się powoziłem za grupą, odpocząłem i tempo zaczęło mi się wydawać zbyt wolne. Mieliśmy przed sobą długi, płaski odcinek. Stwierdziłem więc, że spróbuję pojechać nieco szybciej. Wyskoczyłem na prowadzenie i sprawdzałem jak szybko mogę jechać, żeby nie odjechać grupie. Niestety reszta nie była zbyt chętna do przyspieszenia. Nie chciałem im odjeżdżać, bo nie wiedziałem co jeszcze przede mną. Zwolniłem do komfortowej dla reszty prędkości i przez pewien czas robiłem za lokomotywę pociągu. Przynajmniej do kolejnego drobnego podjazdu na którym znowu poczułem skurcze mięśni ud.

86km

Droga po której jedziemy nie jest całkowicie wyłączona z ruchu. Mamy do dyspozycji prawy pas, ale lewym czasami przejeżdża jakiś samochód lub ktoś nas wyprzedza. Ruch nie jest duży, ale mimo tego że trochę w nim przeszkadzamy, to kierowcy są wyjątkowo kulturalni i nawet dopingują. Niektórzy całkiem na poważnie sobie wzięli to dopingowanie.

Mama z dwójką dzieci wyprzedzała nas już któryś raz z kolei. Miała charakterystyczne okulary z żółtymi oprawkami, dlatego ją zapamiętałem. Podczas wyprzedzania dopingowała przez otwarte okno, a dzieci machały. Kawałek dalej jej samochód stał w zatoczce, a ona z dziećmi dopingowała nas przy poboczu. Nie wiem, czy akurat dopingowała męża, który jechał ze mną w grupie, czy tak po prostu podnosiła ducha walki w rolkarzach, ale było to strasznie miłe. Poczułem się normalnie jak jakiś kolarz w Tour de France. 😉

91km

Dość stromy podjazd. Tempo spadło wręcz do marszowego. Pierwszy raz zahaczam kogoś rolką z tyłu. Staram się wjeżdżać mocnymi odepchnięciami i kiedy przyciągam nogę do środka napotykam przeszkodę. Ktoś podjechał do mnie na tyle blisko, że moja powracająca noga zawadziła o jego rolkę. Wytrąciło mnie to trochę z rytmu. Nie wiedziałem czyja wina, ale przeprosiłem na wszelki wypadek.

94km

Poprzedni podjazd to był dopiero przedsmak tego co mnie czekało. Właśnie zaczynał się główny podjazd na trasie. Początek jeszcze nie był zły, bo koniec wspinaczki był oddalony tyko o kilkaset metrów. Za szczytem czekała krótka chwila odpoczynku i strefa bufetu.

Potem było jednak gorzej, bo końca wspinaczki nie było widać. Zacząłem tak jak poprzednio próbując mocniej się odpychać, żeby nie tracić prędkości. Niestety znowu zdarzyło mi się kogoś zahaczyć z tyłu. Tym razem nie skończyło się na jednym razie. Kolejne kilka odepchnięć i sytuacja się powtórzyła. Po chwili raz jeszcze. Nie dość, że zmęczenie przeszkadza mi w sprawnej jeździe, to na dodatek ktoś za mną wyprowadza mnie z równowagi.

Zwolniłem, zjechałem trochę na bok i pozwoliłem się wyprzedzić. To był jednak błąd, bo brakowało mocy, żeby odzyskać poprzednią prędkość. Góra nie robiła się ani trochę mniej stroma. Upał lał się już z nieba co było kolejnym utrudnieniem. Moje grupa się rozciągnęła, ktoś się po drodze zatrzymał. Chciałem przycisnąć, ale oprócz podwyższonego tętna praktycznie nic nie zyskałem. Podjazd był zdecydowanie za długi i brakowało mi momentu żeby złapać oddech.

Spojrzałem na zegarek. Nie było już szans na przejazd poniżej 4 godzin, więc stwierdziłem, że moment odpoczunku nie zaszkodzi. Wolę dojechać do końca niż zejść na zawał próbując na siłę wjechać pod tą górę. Zatrzymałem się przy drodzę na pół minuty i ruszyłem dalej jak tylko oddech i tętno mi się trochę uspokoiły.

97km

Dalsza droga pod górę mniej przypominała jazdę, a bardziej chodzenie na rolkach. Kiedy było trochę bardziej płasko próbowałem coś jechać, ale kiedy robiło się stromo zrezygnowałem z wjeżdżania na siłę. Zamiast tego robiłem zdecydowanie mniejsze i krótsze kroki, aby tylko poruszać się do przodu. Nawet to męczyło mnie jednak niemiłosiernie.

Ruch na drodze zrobił się w tym momencie trochę większy i widziałem że ktoś się za mną grzecznie toczy samochodem. Nie mógł mnie wyprzedzić, bo akurat z drugiej strony ciągle ktoś nadjeżdżał. Stwierdziłem, że trochę mu pomogę i zejdę na poboczę przy okazji znowu chwilę odpoczywając. Po tym jak wyprzedził mnie samochód podjechał do mnie motocyklista z obsługi zawodów, żeby upewnić się czy wszystko OK. Zapewniłem go, że nic mi nie jest i ruszyłem dalej.

98km

Wkrótce pochylenie drogi trochę się zmniejszyło i nawet można się było trochę rozpędzić z krótkiego zjazdu. Po nim jednak następowała kolejna dość stroma część podjazdu. Już na samym początku czułem, że chwila zjazdu była zbyt krótka żeby odpocząć. Kolejny szybki postój na wyrównanie oddechu i ruszyłem na ostatni odcinek pod górkę. Na górze widać już było ludzi, więc zakładałem, że to musi być już premia górska.

100km

Jestem na szczycie! Ten ostatnie odcinek wyglądał niemiło, ale okazało się, że nie był taki zły. Ktoś informuje mnie, że dalej już tylko z górki. Dziękuję mu za informacje i zaraz sam to mogę poczuć. Przez ostatnie 20 minut moja średnia prędkość oscylowała w okolicach 10km/h, więc teraz przekroczenie 20km/h jest świetnym uczuciem. Na tym się jednak nie kończy i spokojnie rozpędzam się dalej.

Droga jest dość kręta, ale szeroka. Zjazd nie jest zbyt stromy. Można się jednak całkiem nieźle rozpędzić i jak patrzę na zegarek to mam na liczniku ponad 40km/h. Po sporej przerwie dobrze jest znowu czuć chłodzący pęd powietrza. Przed sobą widzę innego zawodnika, który zjeżdża bardziej asekuracyjnie. Trochę zwalniam, żeby bezpieczniej go wyprzedzić, ale potem znowu przyspieszam. Brakowało mi tego poczucia prędkości.

Za następnym zakrętem widzę już most nad Rodanem w Seyssel. Przejeżdżam przez most i już mam uśmiech na ustach. Jeszcze tylko kilkaset metrów do mety. Za mostem trzeba trochę wyhamować i objechać rondo. Wolontariusze na rondzie już biją brawo, bo została już tylko ostatnia prosta. Ostatnie przyspieszenie i…

103km

Meta! Podnoszę ręce w geście triumfu, żeby ładnie wyjść na zdjęciu. Myślę jednak już tylko o tym, żeby gdzieś usiąść i odpocząć. Niestety nie ma pamiątkowych medali, ale same przeżycia i tak były świetne. Oficjalny czas to 04:15:53. Bez wielkich rewelacji, ale jest OK.

Meta

Po wyścigu

Najważniejsze to usiąść gdzieś w cieniu i zdjąć rolki. Po ponad 4 godzinach jazdy moje stopy potrzebują przerwy. Na mecie jest już mnóstwo uczestników i atmosfera jest iście piknikowa. Znajduję niezajęty kawałek cienia, siadam z trudem na ziemi i ściągam rolki. Otarć i odcisków na szczęście brak, jedynie w miejscu wiązania sznurowadeł zaczyna się coś pojawiać. Chyba trochę przesadziłem z siłą zawiązywania kiedy je poprawiałem.

Po kilku minutach leżenia plackiem na ziemi dochodzę do siebie i idę po buty. Kiedy wracam na metę słyszę jak spiker próbuje mówić swojskie „dzień dobry”, więc kolejni Polacy dotarli do mety. Ekipę z Krakowa znalazłem w tym samym miejscy w którym sam odpoczywałem. Pogratulowaliśmy sobie i wymieniliśmy spostrzeżenia z trasy. Dzięki Ewelinie zrobiłem sobie też sesję zdjęciową na podium.

W jej trakcie okazało się, że cały czas mam chip na nodze i tym razem zapomniałem go zdjąć zamiast założyć. Poszedłem go oddać i sprawdzić tabelę wyników. Potem jednak już nie znalazłem polskiej grupy. Zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać, więc udałem się już odpocząć do siebie,  szczęśliwy z osiągnięcia celu.

Następnego dnia na spokojnie wracałem do domu. Nie musiałem się spieszyć, więc wykorzystałem czas na zobaczenie jeszcze kawałka miasta. Okazało się, że w tygodniu Seysell trochę bardziej tętni życiem i różne stoiska i kramiki wypełniają centralne uliczki. Zrobiłem sobie też kolejny spacer po Genewie i na koniec dnia zobaczyłem zachód słońca z samolotu.

Podsumowanie

Jeśli przeczytałeś wszystko powyżej, to gratuluję. Zostało tylko kilka słów podsumowania na koniec.

Było ciężko, ale było warto! Pierwsza setka przejechana. Liczyłem na trochę lepszy rezultat, ale nie spodziewałem się, że jazda po górach tak mnie wykończy. Widokowo jednak było super i bardzo przyjemnie się jeździło w takich okolicznościach przyrody. W pewnych momentach żałowałem, że nie wziąłem telefonu z aparatem i nie jadę sobie na przejażdżkę. Emocji było jednak tyle, że długo jeszcze zostaną mi w pamięci.

Na pewno chcę w przyszłości ponownie wystartować w Roll’Athlonie. Teraz nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać. Popełniłem za dużo błędów i nie byłem do końca przygotowany na takie wyzwania. Mam teraz jednak cały bagaż nowych doświadczeń i wiem co można poprawić. Następnym razem celem nie będzie samo dojechanie do mety, ale także lepszy czas. 😉

Oficjalne zdjęcia (podpisane): Did Parcollet