Dzienniki Kopenhaskie cz. 4 — z siedzenia pasażera

Jak by się tu dostać z punktu A do punktu B? Jeśli jest bli­sko, to wystar­czy się przejść. Na dal­sze odle­gło­ści potrzebny jest już jakiś środek trans­portu. Nic pod ręką nie mam, więc trzeba sko­rzy­stać z publicz­nych środ­ków komu­ni­ka­cji. W Kopenhadze do wyboru mamy auto­busy, pociągi miej­skie i metro. Do nie­dawna pra­wie codzien­nie z nich korzy­sta­łem, więc kilka słów jak to wszystko jest zorganizowane

Autobus czer­wony

W Warszawie był czer­wony, a w Kopenhadze są żółte. W dużym stop­niu przy­po­mi­nają mi auto­busy jakimi jeź­dzi­łem w Anglii. Wsiada się wyłącz­nie przo­dem (wyjąt­kiem są rodzice z wóz­kami i osoby star­sze z cho­dzi­kami), a wysiada tyłem. Kierowca pełni także rolę kon­tro­lera bile­tów. Przy wej­ściu musi sobie spoj­rzeć na bilet lub usły­szeć dźwięk kasow­nika, który jest przy drzwiach. Panowie i panie (kilka kobiet też siada za kie­row­nicą auto­busu) kie­rowcy nie są jed­nak zanadto dro­bia­zgowi i nie trzeba się nawet przy nich zatrzy­my­wać. Wystarczy rzut oka i z uśmie­chem kiwają głową, że wszystko jest w porządku. W przy­padku braku biletu bez pro­blemu też go sprzedadzą.

Sama jazda auto­bu­sem do naj­cie­kaw­szych nie należy. Krajobraz za oknem raczej nie zachwyca, a i przy­droż­nych reklam nie można sobie poczy­tać, bo prak­tycz­nie ich nie ma. Zamiast tego można sobie poczy­tać gazetę. Prawie zawsze za kie­rowcą znaj­duje się pojem­nik ze sporą ilo­ścią egzem­pla­rzy jakie­goś dzien­nika. Niestety dla mnie — jest po duń­sku, więc nie­wiele mi po nim. W czę­ści auto­bu­sów jest za to WiFi i dostęp do inter­netu. Łatwo je roz­po­znać, bo zazwy­czaj jeż­dżą na liniach z literą S przy nume­rze i są ozdo­bione nie­bie­skimi naklej­kami. Połączenie z sie­cią nie jest może ide­alne, ale w zupeł­no­ści wystar­cza przy korzy­sta­niu z niego w cza­sie tych kil­ku­na­stu minut jazdy.

Na początku można się tro­chę zdzi­wić sty­lem jazdy kie­row­ców. Przejeżdżanie przez skrzy­żo­wa­nie na „póź­nym żółtym”, czy nawet na „wcze­snym czer­wo­nym” jest na porządku dzien­nym. Autobusy mają bowiem więk­sze prawa na dro­dze i w wielu miej­scach można odnieść wra­że­nie, że wymu­szają pierw­szeń­stwo prze­jazdu. Dzięki temu są jed­nak bar­dziej punk­tu­alne, a nawet jeśli zda­rzają się jakieś opóź­nie­nia, to można to zoba­czyć na elek­tro­nicz­nej tablicy która czę­sto jest zamon­to­wana nad roz­kła­dem jazdy.

Jedzie pociąg z daleka

Autobusy są dobrym środ­kiem trans­portu, bo dojeż­dżają pra­wie wszę­dzie. Cierpi na tym tro­chę pręd­kość podróży. Dobrym roz­wią­za­niem jest więc kolej miej­ska. Dzięki niej można znacz­nie szyb­ciej dostać się w bar­dziej odle­głe miej­sca. 7 linii, około 170 km torów i ponad 80 sta­cji pokry­wają więk­szą część mia­sta i jego okolic.

Stacje kole­jowe łatwo odszu­kać, gdyż w ich pobliżu zawsze znaj­dzie się duży, czer­wony sze­ścio­kąt z literą S — logo miej­skich pocią­gów, które lokal­nie są nazy­wane S-tog. Peron znaj­duje się na innym pozio­mie niż ulica, więc wcho­dzimy (lub scho­dzimy) do niego po scho­dach. Jeśli mamy do prze­wie­zie­nia coś cięż­szego lub nie­wy­god­nego do wnie­sie­nia możemy sko­rzy­stać z windy. Rozwiązanie ide­alne przy podróży z rowe­rem. Przy wej­ściu lub na samym pero­nie znaj­dują się kasow­niki do klip-kart. Jeśli nie mamy biletu, to możemy go kupić w auto­ma­cie. Rozkład jazdy znaj­dziemy w for­mie tra­dy­cyj­nej, jak i elek­tro­nicz­nej. Oprócz tego nad torami jest też infor­ma­cja jaki pociąg i za ile minut się pojawi. Żeby nie było zbyt nowo­cze­śnie, to jest ona wyświe­tlana za pomocą prze­ska­ku­ją­cych klapek.

Pociągi są jak naj­bar­dziej współ­cze­sne. Podobnie jak nie­które tram­waje, mają formę jed­nego, dłu­giego wagonu. W środku są jed­nak podzie­lona na mniej­sze czę­ści. Wejścia są oddzie­lone od sie­dzeń przez szklane ściany i drzwi, zapewne żeby zmniej­szyć i tak niski poziom hałasu. We wszyst­kich pocią­gach jest WiFi i dostę­pem do inter­netu. Pod sufi­tem zamon­to­wane są też tele­wi­zory wyświe­tla­jące spe­cjal­nie przy­go­to­wane (bez dźwięku) wia­do­mo­ści i reklamy. Bez pro­blemu można też ze sobą zabrać rower. Na obu koń­cach pociągu część wagonu jest prze­zna­czona wła­śnie dla nich i zamiast sie­dzeń są uchwyty na rowery.

Metro 2011

Kolejna kolejka obsłu­guje cen­trum Kopenhagi. Z metra sko­rzy­sta­łem jed­nak jedy­nie w celach poznaw­czych. Jest ono bowiem w pełni zauto­ma­ty­zo­wane. Wagonikami ste­ruje kom­pu­ter, a czło­wiek tylko sie­dzi w cen­trali za biur­kiem i patrzy na moni­to­ring (o ile nie ucina sobie wła­śnie drzemki). Stacje są ulo­ko­wane głę­boko pod zie­mią i pro­wa­dzi do nich impo­nu­jąca kom­bi­na­cja rucho­mych scho­dów. Sam peron jest oddzie­lony od torów szklaną ścianą i par­ko­wa­nie musi być na tyle pre­cy­zyjne, aby drzwi wago­nów zrów­nały się z drzwiami w ścia­nie. Wszystko działa bar­dzo spraw­nie i bez pro­ble­mów. Trochę dziw­nie patrzeć do przodu i nie widzieć miej­sca dla kie­rowcy, ale pew­nie za jakiś czas podob­nie będzie wyglą­dać podróż samochodem.

Wszystko razem

Cały ten trans­port lądowy two­rzy cał­kiem nie­złą sieć komu­ni­ka­cyjną, dzięki któ­rej można się spraw­nie poru­szać po Kopenhadze nawet na dal­sze odle­gło­ści. Wszystko jest nowo­cze­sne i do funk­cjo­no­wa­nia komu­ni­ka­cji nie można mieć więk­szych zastrze­żeń (poza nie­licz­nymi wyjąt­kami, jak strajk kie­row­ców). Musi być jed­nak jakiś haczyk i w tym przy­padku jest to cena.

Bilety są uni­wer­salne, ale opłata jest uza­leż­niona od liczby stref jaką chcemy prze­je­chać. W sumie jest ich 95 i na początku poła­pa­nie się w nich nie jest takie pro­ste. Pomagają mapki na przy­stan­kach i sta­cjach poka­zu­jące jak daleko możemy zaje­chać na danym bile­cie. Przyswojenie sobie tego całego sys­temu nie pomaga w świa­do­mo­ści ile trzeba zapła­cić za prze­jazd. W przy­padku jed­no­ra­zo­wego biletu to rów­no­war­tość przy­naj­mniej 12 zło­tych i to tylko na dwie strefy. Bardziej opła­calne jest naby­cie klip-karty na 10 prze­jaz­dów lub biletu mie­sięcz­nego (aktu­alne ceny — podzie­lić na pół żeby mieć orien­ta­cyjną kwotę w zło­tów­kach), ale w osta­tecz­nym roz­ra­chunku eko­no­micz­nym trans­port publiczny prze­grał z rowe­rem jako codzienny środek komu­ni­ka­cji. Ale o tym następ­nym razem.

 

3 thoughts on “Dzienniki Kopenhaskie cz. 4 — z siedzenia pasażera

  1. Powiedz ile wyda­jesz na życie (w sumie z aka­de­mi­kiem)? Pozdrawiam

  2. W sumie w 5 mie­sięcy wyda­łem 1250 euro, czyli wycho­dzi 240 na mie­siąc. Do tego trzeba doli­czyć sporą opłatę za aka­de­mik: 19 000 koron za semestr (w tym 5 tyś depo­zytu) pła­cone w dwóch ratach (pierw­sza jesz­cze przed wyjazdem).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>