Skąd się wzięła czkawka?

Czkawka jest nie­zwy­kle dener­wu­jącą dole­gli­wo­ścią. Mimowolne skur­cze powo­du­jące wdech z cha­rak­te­ry­stycz­nym odgło­sem są zupeł­nie bez­u­ży­teczne i tylko prze­szka­dzają w nor­mal­nym funk­cjo­no­wa­niu. Jednak nie zawsze musiało tak być.

Nie znamy dokład­nego pocho­dze­nia czkawki. Według naukow­ców z Uniweryteru w Calgary, może być ona pozo­sta­ło­ścią po ewo­lu­cji z wcze­snych ryb i pła­zów. Był to jeden z odru­chów nie­zbędny do prze­trwa­nia pierw­szym zwie­rzę­tom wycho­dzą­cym z wody. Musiały one jakoś pogo­dzić oddy­cha­nie na lądzie za pomocą płuc oraz w wodzie za pomocą skrzeli.

Problem sta­no­wiła woda. Nie mogła się dostać do płuc, bo byłyby one bez­u­ży­teczne. Stworzenia miały moż­li­wość zamknię­cia gło­śni, co uszczel­niało płuca. Jednocześnie odby­wało się zasy­sa­nie wody, która w celu oddy­cha­nia, była prze­pusz­czana przez skrzela. Innymi słowy był to wdech połą­czony z nagłym zamknię­ciem dróg odde­cho­wych, aby nic nie dostało się do płuc. Brzmi znajomo?

Dla naszych przod­ków czkawka była warun­kiem prze­ży­cia przy prze­miesz­cza­niu się mię­dzy wodą a lądem. Dziś żyjemy wyłącz­nie na lądzie i stra­ci­li­śmy skrzela. Czkawka nie jest nam więc do niczego potrzebna. Mimo to zda­rza się, że  ją mamy. Ewolucja cza­sami lubi pła­tać figle.

Jak wyglądał Nautilus?

Czy jest ktoś, kto nigdy nie sły­szał nazwy Nautilus i kapi­ta­nie Nemo? Jeśli tak, to na pewno ma dużo stracił. Powieść Dwadzieścia tysięcy mil pod­mor­skiej żeglugi Juliusza Verne’a jest uzna­wana za począ­tek lite­ra­tury science-fiction, oraz jest jedną z naj­po­pu­lar­niej­szych powie­ści przy­go­do­wych. Fantastyczna podróż przez bez­miar mórz i oce­anów fascy­no­wała kolejne poko­le­nia. Świet­nym dowo­dem na to jest kilka fil­mów nakrę­co­nych na jej pod­sta­wie i liczne nawią­za­nia w popkulturze.

Nautilus, mimo że nie jest w cało­ści wymy­słem Verne’a (wcze­śniej powstała już łódź pod­wodna o takiej nazwie), to wiele roz­wią­zań tech­nicz­nych jest dość futu­ry­stycz­nych. Konstrukcja Nautilusa jest dość dokład­nie opi­sana, łącznie z licz­bami opi­su­ją­cymi jego budowę. Poniżej jeden z takich fragmentów.

Continue reading

Dlaczego SMS ma 160 znaków?

sms2Czy zasta­na­wia­li­ście się, czemu poje­dyn­cza wia­do­mość SMS jest ogra­ni­czona wła­śnie do 160 zna­ków? Nie jest to ani potęga dwójki (jak wiele wiel­ko­ści w infor­ma­tyce), ani nie jest jakąś spe­cjalną, okrą­głą liczbą. Okazuje się, że liczbę 160 uzy­skano… eksperymentalnie.

Wszystko za sprawą jed­nego Niemca. Friedhelm Hillebrand pra­co­wał dla German Telecom. W 1985 roku, kiedy to idea krót­kich wia­do­mo­ści tek­sto­wych była dopiero wpro­wa­dzana na rynek Hillebrand był jed­nym z tych, któ­rzy opra­co­wy­wali nowy stan­dard. Aby zna­leźć odpo­wied­nią dłu­gość dla krót­kich wia­do­mo­ści, po pro­stu usiadł przy maszy­nie do pisa­nia i zaczął wstu­ki­wać przy­kła­dowe tek­sty, jakie mogły się poja­wić w przy­szło­ści. Po wielu pró­bach, oka­zało się, że 160 zna­ków jest opty­malną długością.

Na początku jed­nak wypro­wa­dze­nie tych 160 zna­ków nie było takie pro­ste. Jak pisa­łem wcze­śniej, liczba ta nie daje się pro­sto przed­sta­wić w sys­te­mie binar­nym. Najbliższą potęgą dwójki jest 128, więc na samym początku tyle wła­śnie mogły liczyć wia­do­mo­ści. Jednak wyniki eks­pe­ry­men­tów Hillebranda potwier­dziły się i ta dłu­gość oka­zała się za mała. Aby powięk­szyć ją o te dodat­kowe 32 znaki, zde­cy­do­wano się zre­du­ko­wać liczbę liter i sym­boli, które mogą być użyte (m.in. pol­skie znaki).

Standardem w wia­do­mo­ściach SMS stało się 160 zna­ków. Sądząc po popu­lar­no­ści tego typu komu­ni­ka­cji, można powie­dzieć, że Friedhelm Hillebrand zna­lazł opty­malną dłu­gość krót­kich wia­do­mo­ści. Później stan­dard ten został prze­jęty także przez mikro­blogi i także w Internecie zdo­bywa nie­małą popularność.

Dźwięki z komputera

Komputer pod­czas pracy emi­tuje roz­ma­ite dźwięki. Szum wen­ty­la­to­rów, róż­nego rodzaju piski ostrze­gaw­cze, dźwięki dysku twar­dego, napędy CD/DVD, czy też sta­cji dys­kie­tek. Poza tym róż­nego rodzaju pery­fe­ria (dru­karka, ska­ner) także emi­tują hałas. Czy ten cały kom­pu­te­rowy zgiełk da się jakoś uprzyjemnić?

Ktoś wpadł na pomysł, aby tak pokie­ro­wać pracą poszcze­gól­nych urzą­dzeń, żeby dźwięki przez nie emi­to­wane skła­dały się na jakąś melo­dię. Mamy więc sta­cję dys­kie­tek wygry­wa­jącą marsz impe­ra­tora z gwiezd­nych wojen, czy ska­ner gra­jący „Wiosnę” Vivaldiego . Szczegółów wyko­na­nia nie znam, ale podej­rze­wam, że cho­dzi o umie­jętne wyko­rzy­sta­nie ste­row­nika urzą­dze­nia lub jego firmware’u do odpo­wied­niego ste­ro­wa­nia sil­nicz­kiem. Zapewne taka mody­fi­ka­cja unie­moż­li­wia jed­no­cze­sne nor­malne korzy­sta­nie z niego, ale nadal jest to cie­kawa metoda na uroz­ma­ice­nie nud­nego sprzętu.

Continue reading

Gimnastyka na wesoło

Gimnastyka spor­towa nie jest dla mnie szcze­gól­nie atrak­cyj­nym spor­tem. Podziwiam spor­tow­ców za to co potra­fią zro­bić z wła­snym cia­łem, ale oglą­da­nie ich zma­gań nie należy do naj­bar­dziej emo­cjo­nu­ją­cych. Skoki są do sie­bie podobne, ilo­ści salt nie można zli­czyć, a punkty są odej­mo­wane za mini­malne błędy, które widzą tylko sędzio­wie. Jedyne cie­kawe momenty, to potknię­cia gim­na­sty­ków, ale tych na pro­fe­sjo­nal­nych zawo­dach jest nie­wiele. Okazuje się jed­nak, że z takich pozor­nych błę­dów można zro­bić nie­zły spektakl.

Continue reading

Płatki śniegu jakich nie znacie

triangular1Mimo połowy grud­nia, zima led­wie nas postra­szyła. W kalen­da­rzu ofi­cjal­nie zaczyna się jed­nak dopiero za kilka dni. Mimo to chciał­bym podzie­lić się pew­nym cie­ka­wym zna­le­zi­skiem. Jeśli ktoś zapy­tałby nas jak wygląda pła­tek śniegu, pew­nie mie­li­by­ście w gło­wie obraz sze­ścio­ra­mien­nej gwiazdy o roz­ma­icie ude­ko­ro­wa­nych ramio­nach. Czy jed­nak przy­szłoby wam na myśl, że pła­tek śniegu to mała igiełka, cylin­der, czy też są trój­kątne lub sze­ścio­kątne? Okazuje się, że takie kształty też wystę­pują w przyrodzie.

Badaniem płat­ków śniegu zaj­muje się pro­fe­sor Kenneth Libbrecht  z California Intitute of Technology (w skró­cie CalTech).  Fotografuje je uży­wa­jąc spe­cjal­nie do tego celu przy­sto­so­wa­nego foto­mi­kro­skopu. Z jego pomocą zro­bił i zamie­ścił kil­ka­dzie­siąt dobrej jako­ści zdjęć płat­ków śniegu „zła­pa­nych” w róż­nych czę­ściach Stanów Zjednoczonych. Osobiście jestem pod wra­że­niem wie­lo­ści kształ­tów jakie mogą przy­jąć zamar­z­nięte czą­steczki wody.  Polecam obej­rze­nie gale­rii na stro­nie NewScientist, a także zaj­rze­nie na SnowCrystals — stronę autora zdjęć poświę­coną tylko płat­kom śniegu.

Kształty muzyki

Muzyka to mate­ma­tyka. To wie­dział już Pitagoras. Stwierdził on, że har­mo­niczne inter­wały można przed­sta­wić za pomocą sto­sun­ków liczb. Sądzono także, że kształt wszech­świata ma swoje odbi­cie w muzyce. Jak podaje bry­tyj­ski The Telegraph, trzej uczeni (Clifton Callender, Ian Quinn i Dmitri Tymoczko) zna­leźli spo­sób aby wszyst­kie te stwier­dze­nia dokład­nie zba­dać. Opracowali oni metodą na wizu­ali­za­cję muzyki. Nie jest to jed­nak ani­ma­cja zmie­nia­jąca się w rytm pio­senki znana z pro­gra­mów odtwa­rza­ją­cych muzykę, lecz mate­ma­tyczny wykres.
Continue reading

Kosmiczne śmieci

Czy zasta­na­wia­li­ście się co dzieje się na orbi­cie z tymi wszyst­kimi sate­li­tami, które prze­stają być potrzebne? Część z nich spad­nie w atmos­ferę. Mniejsze ele­menty spalą się w niej, jed­nak więk­sze trzeba zestrze­li­wać, jak w nie tak dawno ame­ry­kań­skiego sate­litę. Co jed­nak z tym wszyst­kim, co nie spad­nie? No więc nic. Dryfują sobie nadal na orbi­cie jako nie­po­trzebne, kosmiczne śmieci.

Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) poka­zała kilka obraz­ków poka­zu­ją­cych jak przez 51 lat (od wystrze­le­nia Sputnika w 1957) Ziemianie zdo­łali zanie­czy­ścić naj­bliż­sze oto­cze­nie ich pla­nety. Wszystkie zamie­ściła witryna Gizmodo, ja pokażę tylko jedno, przed­sta­wia­jące część pół­noc­nej pół­kuli, w tym też Europę. Jak widać aż roi się od róż­nych sate­li­tów. Zdjęcie przed­sta­wia jed­nak tylko te na naj­niż­szych orbi­tach. Z oddali Ziemia coraz mniej przy­po­mina więc nie­bie­ską pla­netę, a coraz bar­dziej planetę-maszynę. Continue reading

Star Wars w ASCII

Czego to ludzie nie robią, żeby zabić nudę? Simon Jansen posta­no­wił na przy­kład zro­bić ani­ma­cję będącą odpo­wied­ni­kiem Gwiezdnych Wojen. Wszytko za pomocą tek­stu. Powstała więc seria ASCII-Artów, czyli obraz­ków wyko­na­nych za pomocą zna­ków dostęp­nych w kodzie ASCII. Z 13,935 takich obraz­ków powstała ani­ma­cja, która przed­sta­wia pra­wie cały film Gwiezdne Wojny: Nowa Nadzieja. Projekt nie­stety od dłuż­szego czasu stoi w miej­scu i jak do tej pory możemy oglą­dać film tylko do momentu odna­le­zie­nia księż­niczki Lei. Mam jed­nak nadzieję, że w przy­szło­ści zosta­nie on dokończony.

Jak do tej pory zna­la­złem 2 metody na obej­rze­nie tego dzieła. Pierwsza to uru­cho­mie­nie go przez tel­net. Użytkownicy Visty nie mają jed­nak stan­dar­dowo zain­sta­lo­wa­nego tel­netu, więc raczej nie sko­rzy­stają z tej metody (chyba, że sobie go doin­sta­lują). Druga moż­li­wość, to odwie­dze­nie strony ASCIIMATION.

Dla mnie to o wiele cie­kaw­szy pro­jekt niż trans­mi­to­wa­nie ostat­nich pił­kar­skich Mistrzostw Świata w ASCII. Tam na ASCII-Art był auto­ma­tycz­nie zamie­niany obraz z trans­mi­sji tele­wi­zyj­nej. Trudno było cokol­wiek doj­rzeć. Tutaj, dzięki więk­szych nakła­dom pracy, efekt jest znacz­nie bar­dziej przy­jem­niej­szy i łatwiej­szy w odbiorze.

Sztuka ukryta w chipie

Myślę, że każdy wie jak wygląda wnę­trze kom­pu­tera, czy innego sprzętu elek­tro­nicz­nego. Płytka dru­ko­wana z wlu­to­wa­nymi chi­pami, kon­den­sa­to­rami, opor­ni­kami itp. Czy coś takiego można nazwać sztuką? Można się o to spie­rać. Jednak oka­zuje się, że pro­jek­tanci tych ukła­dów dość czę­sto mają w sobie zacię­cie arty­styczne. To, że na chi­pach są umiesz­czane roz­ma­ite infor­ma­cje, główne za pomocą nie­zro­zu­mia­łego kodu liter i cyfr, mające na celu iden­ty­fi­ka­cje układu, jest powszech­nie znane. Jednak nie­wiele osób wie, że na chi­pach są czę­sto umiesz­czane nie­wiel­kie obrazki. Są one tak małe, że potrzeba mikro­skopu, aby je doj­rzeć.
Continue reading